Nie ma rzeczy niemożliwych!

Wzbicie się w powietrze i skonstruowanie latającej maszyny od zawsze było marzeniem ludzi, wystarczy wspomnieć Dedala i Ikara, czy Leonarda Da Vinci. Wielokrotnie próbowano stworzyć maszynę latającą, która będzie cięższa od powietrza, ale próby te kończyły się w najlepszym wypadku zniszczeniem maszyny, w najgorszym śmiercią śmiałków. Udało się dopiero braciom Wright, na cześć których prezydent USA Dwight D. Eisenhower ustanowił w 1959 roku Dzień Braci Wright. W 2018 roku przypada 115 rocznica pierwszego załogowego lotu braci Wright.

 

A o tym jak dostać się do szkoły lotniczej i jak łączyć fotografię z lotnictwem, opowie Adam Ginalski, instruktor w Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie.

 

Klaudia Bzducha, Coś Nowego: Jak zaczęła się Pana przygoda z lotnictwem?

Adam Ginalski: Z lotnictwem związany jestem niemal od urodzenia. (śmiech) Urodziłem się w Krośnie i tak się stało, że mieszkałem niemal w osi pasa startowego miejscowego lotniska. Tam, w latach 70-tych i 80-tych szkoliło się wojsko w skokach spadochronowych i zawsze coś latało nad głową. Pewnego dnia, leżąc na kocu przed domem, zobaczyłem krążące nisko trzy szybowce, które stawały się coraz mniejsze aż wreszcie zniknęły w chmurze. Jako pięcioletnie dziecko, powiedziałem, że kiedyś też to zrobię. Drugą stycznością z lotnictwem była wizyta na lotnisku wojskowym w Mirosławcu. I za to chcę jeszcze raz podziękować mojemu chrzestnemu ojcu, który mi to umożliwił. Proszę mi wierzyć, że w końcówce stanu wojennego nie było to łatwe. Tak jak nie było łatwe załatwienie lotu śmigłowcem rolniczym, na pokładzie którego znalazłem się w roku 1986. To było to – byłem pewny, że lotnictwo jest moją drogą na całe życie. Cały wolny czas poświęcałem na zgłębianie wiedzy o niemal wszystkim co lata. Sklejanie modeli było czymś w rodzaju narkotyku i odciągało od przedmiotów szkolnych. Konsekwencją tego, było pójście do szkoły zawodowej, ponieważ do technikum byłem, „trochę za słaby”- tak przynajmniej twierdzili nauczyciele ze szkoły podstawowej nr 7 w Krośnie.

 

K.B: Trudno jest dostać się do szkoły lotniczej? Co trzeba zrobić?

A.G: Aby dostać się do Szkoły Orląt w Dęblinie trzeba było mieć maturę, a ja biedny chłopiec z podkarpacia, chodziłem do zawodówki o profilu stolarskim, czyli: stoły, stołki, trumny – stolarstwo ogólne. W chwili rozpoczęcia nauki w szkole ponadpodstawowej, zrezygnowałem z klejenia modeli i postawiłem na sport i naukę. Jako 16-latek, na rozpoczęcie kursu szybowcowego potrzebowałem zgody rodziców, której nie otrzymałem z obawy o moje życie itd. Czas do uzyskania pełnoletności mijał szybko, zwłaszcza, że chwytałem się każdej pracy, która dawała pieniądze, które to zbierałem na szkolenie lotnicze. Dwa lata później, w 1994 roku mając skończone 18 lat, zapisałem się na kurs szybowcowy do Aeroklubu Podkarpackiego – Szkoły Lotniczej W Krośnie i 15 lipca ‘94 r spełniłem marzenie 5-letniego Adama – poleciałem samodzielnie szybowcem. Wtedy chodziłem już do technikum o specjalności – meblarstwo na podbudowie ZSZ, które skończyłem z pierwszą lokatą w 1996 r. Czerwony pasek na świadectwie, dobre wyniki w sporcie i doskonały stan zdrowia, to jeszcze nie wszystko aby dostać się do wymarzonej szkoły w Dęblinie. Po prostu byli lepsi, a ja byłem o krok.

Postanowiłem spróbować jeszcze raz za rok. Od nowa seria specjalistycznych badań w Dęblinie i w Warszawie, ciężkie treningi i nauka, nauka, nauka. Do tego jeszcze dochodziła praca w Aeroklubie jako mechanik lotniczy, dodatkowe kursy na mechanika samolotowego, szybowcowego, a nawet praca jako palacz centralnego ogrzewania. Na szczęście, wszystko w jednym miejscu – Aeroklubie.

Nadszedł czas egzaminów w 1997 r. Miałem już niezły nalot na szybowcach, za co doliczono mi 20 dodatkowych punktów, które po zsumowaniu z punktami z egzaminów, dały mi indeks WSOSP. Trudno – łatwo, to pojęcie względne, wszystko zależy od ilości włożonej pracy, zaangażowania, uporu. A co trzeba zrobić? Moim zdaniem to podjąć decyzję i działać.

 

K.B: Czym zajmuje się Pan na co dzień?

A.G: Od 01.10 2018r jestem znowu w Dęblinie, pracuję jako instruktor w Ośrodku Szkolenia Obsługi Systemów Bezzałogowych Statków Powietrznych Lotniczej Akademii Wojskowej, ponadto wykonuję loty jako instruktor – pilot na samolotach PZL 130 ORLIK w 42 Bazie Lotnictwa Szkolnego w Radomiu.

 

K.B: Wiem, że oprócz pasji do samolotów, interesuje się Pan również balonami. Skąd to zainteresowanie?

A.G: Z balonami to czysty przypadek. W czasie urlopu, znalazłem się na lotnisku w Krośnie, gdzie kolega będący szefem wyszkolenia namówił minie na szkolenie balonowe, gdyż jedna z krośnieńskich firm poszukiwała odpowiedzialnych ludzi z lotniczą pasją. Oferowała szkolenie w zamian za poświęcenie czasu na latanie ich balonem w celach reklamowych. Był to czas, w którym skończyłem sześcioletnią przygodę z komentowaniem pokazów lotniczych Zespołu Akrobacyjnego Orlik
i po konsultacji z moją żoną przyjąłem propozycję. Cztery miesiące później, zostałem pilotem balonowym.

 

K.B: .Jest Pan także pilotem szybowców.

A.G: Choć mam czynną licencję, to na szybowce nie znajduję już czasu. Może jak mój syn skończy 14 lat, to wrócę do tego fantastycznego sportu, aby pokazać mu piękno lotnictwa bezsilnikowego. W szybowcach, zakochany byłem do tego stopnia, że w 2002 roku kupiłem dwumiejscowy szybowiec w opłakanym stanie i doprowadziłem go do stanu lepszego, niż nowy – taki prosto z fabryki. Był to Bocian SP-2440. Malowanie mojego szybowca, spodobało się jednemu z holenderskich modelarzy i zrobił on latający model, który można spotkać na wielu zawodach latających makiet.

 

K.B: Dodatkowo, fascynuje Pana fotografia. Jak odnajduje Pan czas na tyle pasji?

A.G: Fotografia towarzyszy mi od dziecka. To za sprawą mojego ojca, który miał zawsze najlepszy sprzęt w okolicy. To od niego nauczyłem się fotograficznego spojrzenia i pełnego procesu obróbki, jeszcze w czasach, kiedy królowała fotografia analogowa.

Teraz fotografuję wszystko co lata, lecz staram się to robić z powietrza. Kiedy wsiadam z aparatem do samolotu czy kosza balonu, oddaję się tylko fotografowaniu, wtedy nie ma mowy o dotykaniu drążka czy palnika. Poprzez swoją fotografię, chcę pokazać ludziom to, czego nie zobaczą na pokazach lotniczych, czyli jak to wygląda od środka. Chcę pokazać również piękno przyrody z nieco innego punktu widzenia, a zapewniam, że jest na co popatrzeć. Ja, zanim zacząłem latać, wchodziłem na drzewa, bo stamtąd było widać więcej i obiecałem sobie, że będę pokazywał to, co widzę jako pilot, bo nie każdy ma możliwość latania.

 

K.B: Podczas Air Show – Międzynarodowych Pokazów Lotniczych w Radomiu, był Pan członkiem Zespołu Akrobacyjnego “Orlik”.  Jak do tego doszło?

A.G: W 2008 roku komentator ‘ZA ORLIK’, wyjeżdżał na misję do Bośni czy Afryki, teraz już nie pamiętam, i zgłosiłem się do komentowania pokazu Orlików w długi majowy weekend, a było to w moim rodzinnym Krośnie. Wtedy nawet nie myślałem o balonach, a pokaz był z okazji zakończenia Górskich Zawodów Balonowych. Kolegom z Zespołu spodobała się „moja robota”, i tak już zostałem przez sześć lat. Było to duże wyzwanie, szczególnie dla mojej rodziny, bo pokazy zazwyczaj są w sezonie urlopowym. Wakacji przez 6 lat prawie nie mieliśmy. Pomimo tych niedogodności, zyskałem dużo doświadczenia lotniczego, mimo że nie wykonywałem lotów jako pilot zespołu za sterami samolotu na pokazach. Pamiętać trzeba, że to od komentatora zależy 30% pokazu. To on porywa publiczność i opowiada o tym, co będzie się działo. Czasami też ratuje sytuację, odwracając uwagę widzów od elementu, który pilotom nie wychodzi. Musi to jednak robić w bardzo subtelny sposób.

 

K.B: Powoli zbliżamy się do końca 2018 roku, jakie są Pana plany na 2019 rok?

A.G: Najpierw będę musiał podsumować rok 2018, przemyśleć to co się udało zrobić, a także dotrzeć do przyczyn niepowodzeń w realizacji tegorocznych zamierzeń. Przemyśleć, czy wszystkie plany były realne i czy szły w dobrą stronę. Co do przyszłego roku, to dni wolne od pracy mają już swoje miejsce w kalendarzu zatwierdzonym przez przełożonych, i będą w 80 % poświęcone rodzinie. Będzie dużo wyjazdów rowerowych oraz spływów kajakowych. Na pewno wyjedziemy w Beskid Sądecki, który jest malowniczy i niemal zapominany przez turystów. Pozostałe 20 % zostawiam dla siebie na zrobienie licencji pilota samolotowego, gdyż mając spędzone za sterami samolotów wojskowych ponad 2300 godzin, to nie mogę zgodnie z prawem pilotować cywilnych samolotów. W planach także, szkolenie do świadectwa kwalifikacji uprawniającego do pilotowania bezzałogowych statków powietrznych wraz z uprawnieniami instruktorskimi, oraz wyjazd na największą w Europie fiestę balonową do Chambley we Francji.

 

K.B: Czy chcąc zrobić licencję na samoloty cywilne, myślał Pan kiedyś o tym, by latać samolotem pasażerskim? Przewozić ludzi z jednego miejsca w drugie?

A.G: Myśl o lataniu w linii lotniczej przechodziła mi przez głowę nie raz, lecz w tej chwili bardziej pociągają mnie bezzałogowe statki powietrzne. Jest to nowy trend-kierunek, który dynamicznie się rozwija i w którym będąc
„na początku drogi” mam szanse rozwijać lotnictwo bezzałogowe, nie tylko w wojsku. Latanie samolotami pasażerskimi jest fantastyczne i za bardzo dobre pieniądze, jednakże dla ludzi młodych, a ja mam już swoje lata i zależy mi na spędzaniu czasu z rodziną. Licencja pilota turystycznego jest mi potrzebna właśnie do wykonywania wspólnych, rodzinnych lotów.

 

K.B: Dziękuję za rozmowę i w 115 rocznicę pierwszego załogowego lotu braci Wright życzę samych udanych lotów!

A.G: Dziękuję i na Pani ręce, chciałbym złożyć moje motto życiowe, które mówi że: Nie ma rzeczy niemożliwych.
Bądźcie głodni wiedzy, gdyż człowiek który się nie rozwija nigdy nie będzie szczęśliwy
. Niech trafi do wszystkich, którzy wątpią w swoje możliwości.

Pozdrawiam Adam Ginalski.

Zapraszamy również na  profil Pana Adama 🙂

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

The following two tabs change content below.
Klaudia Bzducha

Klaudia Bzducha

Studentka II roku. Interesuje się muzyką i kulturą. Od niedawna próbuje swoich sił w fotografii. Kontakt: klaudia.bzducha@gmail.com
Klaudia Bzducha

Ostatnie wpisy Klaudia Bzducha (zobacz wszystkie)