Azerbejdżańska sinusoida

 

Egzotyka granicy gruzińsko-azerbejdżańskiej polegała na pewnym rodzaju niepewności. Niepewności niepodobnej do tej, która równoważy się ze zdecydowaniem na wyjazd do odległego o kilka tysięcy kilometrów państwa. Niepewności uzewnętrznionej. Wiszącej nam nad głowami w postaci tablicy głoszącej „AZERBAIJAN BORDER GOOD LUCK”. Hasło, które oprócz ogromnej dawki śmiechu budziło refleksję: „Co autor miał na myśli?”. Czy jego przekaz wynika z nieznajomości angielskiego?  A może dokładnej znajomości krainy, której granice właśnie przekraczaliśmy? Hasło, rodzące swego rodzaju ostrzeżenie.

Wszystko, począwszy od ezoterycznej nazwy kraju, sprawiało, iż chwilowa niepewność przeradzała się w przeświadczenie, że jesteśmy w odpowiednim miejscu. Po ponad miesięcznej podróży – u celu. Azerbejdżan witał nas i z każdym kilometrem coraz bardziej fascynował. Szczególne zdumienie wzbudzała gościnność ludzi, którzy nie znając nawet naszych imion, nie mieli żadnych oporów, by zaprosić nas do swoich domów, podzielić się posiłkiem, noclegiem, częścią swojego świata. Szczerzy, serdeczni, pomocni do granic możliwości. Wydawać by się mogło, że właśnie z tego powodu podróż autostopem odbywać się będzie bezproblemowo. Po pewnym czasie, wręcz przeciwnie, łapiąc kolejne pojazdy, popadaliśmy w coraz większą irytację. A opowiadając o tym dlaczego nie sposób odnieść się do sytuacji ekonomicznej kraju.

Azerbejdżan to państwo bogate w ropę. A bogactwo, jakie niesie za sobą ten surowiec uwidocznione jest na ulicach Baku oraz innych większych miast. Najlepsi architekci z całego świata, marmurowe przejścia podziemne. Splendor, splendor i jeszcze większy splendor. Szalenie powierzchowny. Z moich obserwacji wynika, że zwykłego, przeciętnego Azera cechuje ubóstwo majątkowe, a to, jak wygląda Azerbejdżan nijak ma się do poziomu życia w tym kraju. Część jego mieszkańców widzących turystę, potrafiło zauważyć w nim jedynie okazję do zarobienia pieniędzy. Szereg aut zatrzymujących się machającym autostopowiczom, których kierowcy natychmiastowo stawali się taksówkarzami. Wyrażenie „pul yok” (nie mam pieniędzy) pojawiające się niemal tak często w naszym słowniku jak „sağ ol” (dziękuję). Każdorazowa próba przemieszczania się wiązała się ze wspomnianą już niepewnością, a nasze emocje kontrastowały się wzajemnie: radość, irytacja, radość, irytacja. Do kulminacji napięcia doprowadził jednak nikt inny, jak sam Prezydent Azerbejdżanu – İlham Əliyev.

Na twarzach ludzi stojących w korku najmniejszej emocji zdziwienia, rozdrażnienia, złości. Spokojnie wysiadają z aut, anonsując nam, iż droga przez miasto jest nieprzejezdna, gdyż w dniu dzisiejszym odwiedza je prezydent. Spacerujemy więc przez puste, ciche ulice, które przez moment znieruchomiały. Zamknięte sklepy, restauracje. Mieszkańcy miasta pochowani w swoich mieszkaniach, jakby w oczekiwaniu na coś wielkiego, ekscytującego. Ale nic przełomowego się nie wydarzy. Będą tkwić w tym bezruchu przez 12 godzin, aż prezydent odwiedzający tak przecież ukochaną przez niego ludność, wreszcie odjedzie. Będą wspominać to wydarzenie latami, pamiętając smak czaju w zaciszu swego domu. Z kolei w naszej pamięci na stale zapisze się inny obraz. Widok stojących wzdłuż niemal 200-kilometrowej drogi w pełnym umundurowaniu i w jeszcze pełniejszym słońcu żołnierzy, czekających, aż prezydent przejedzie.

 

The following two tabs change content below.

Dominika Tworek

Czarny humor. Biała rasa. Chaos poszukujący porządku.