Zatarte wspomnienia

źródło: www.kock.pl
źródło: www.kock.pl

Nazywam się Marianna Ipochorska – Lenkiewicz. Urodziłam się w 1925 roku. Mam 88 lat. Pochodzę z Kresów, z polsko – ukraińskiej inteligencji. Moja matka była ziemianką, a ojciec inżynierem. Miałam trzech starszych braci i młodszą siostrzyczkę, która zmarła przedwcześnie – w wieku 8 lat, na chorobę płuc. Podobnie, jak moja matka. Ona odeszła, gdy miałam 11 lat. Wychowywanie naszej czwórki spadło na barki ojca. Na szczęście pomagała mu w tym służąca. Była w naszej rodzinie, odkąd sięgam pamięcią. Gdy byłam malutka, przeprowadziliśmy się z Kresów do Polski. Ja osobiście oczywiście tego nie pamiętam, ale z tego co mówił ojciec, to byliśmy zmuszeni uciekać. Wraz z narastaniem wojennych nastrojów, ze względu na polskie pochodzenie, zaczęto nas represjonować. Ojciec sprzedał część majątku i udaliśmy się do Kocka, gdzie mieliśmy rodzinę. Brat ojca – Konstanty był lekarzem i burmistrzem miasta, ciotka – hrabina – posiadaczką największego w Kocku majątku ziemskiego, dworku i okolicznych jezior. Żyło nam się dobrze. Dostatnio. Byłam szczęśliwa, niczego mi nie brakowało. Byłam oczkiem w głowie mojego taty. Przyszła jesień 1939 roku, wszystko się zmieniło. Już nic nie było takie, jak przedtem.

WRZESIEŃ 1939

Mam 14 lat. Rozpoczyna się kampania wrześniowa. Dwóch moich braci zostało powołanych do służby. Jeden z pewnością do kawalerii, kochał konie. O drugim słyszałam, że wylądował w artylerii, ale to tylko pogłoski. Nigdy więcej już ich nie widziałam. Słyszałam jedynie, że obaj zginęli w pierwszym starciu z niemieckimi wojskami, a kawalerzysta został pośmiertnie odznaczony. Nie wiem nawet, w którym miejscu zostali pochowani. O ile w ogóle zostali.

Ja, wraz z ojcem, służącą i najmłodszym z braci – Jankiem, zostaliśmy w Kocku. Nie braliśmy czynnego udziału w walkach, ale nasz dom zamienił się w szpital dla rannych i wycieńczonych żołnierzy AK. Szybko musiałam wydorośleć. Już nikt się mną nie zajmował, to ja musiałam zająć się innymi. Było to dla mnie nie lada wyzwanie, bo do tej pory we wszystkim wyręczała mnie służąca, ale musiałam jakoś odnaleźć się w nowej sytuacji. Oni potrzebowali mojej pomocy. Miałam zaledwie 14 lat, więc tak na dobrą sprawę nie bardzo rozumiałam, co się właściwie wokół mnie dzieje. Ograniczałam się więc do wykonywania poleceń służącej i ojca. Pomagałam, jak umiałam najlepiej. Stan ten trwał około miesiąca, więc z czasem przywykłam. Nie bałam się. Czułam się bezpieczna. Był przy mnie mój ojciec. Mój wewnętrzny spokój zmąciła wiadomość, którą pewnego ranka przyniósł jeden z żołnierzy. Niemcy ruszają na Kock.

PAŹDZIERNIK –  LISTOPAD 1939

Całe miasto pogrążone w działaniach wojennych. Znów musimy uciekać. Schroniliśmy się w piecach starej cegielni, której ojciec kiedyś był zarządcą. Wszyscy oprócz Janka. Mój brat zdecydował, że wróci się po konie. Byłam przerażona. W piecach było zimno, ciemno i niesamowicie ciasno. Trudno mi nawet ocenić, jak długo tam siedzieliśmy. Zdawać by się mogło, że całą wieczność. Gdy walki ucichły wyszliśmy ze schronienia. Niemcy okrążyli całe miasto. Zebrali wszystkich ludzi na rynku i zaczęli oddzielać kobiety i dzieci od mężczyzn. Zabrali ojca. Zalałam się łzami. Nie chciałam go zostawiać, tylko przy nim czułam się bezpieczna. Wyprowadzili ich poza miasto. Grozili, że wszystkich ich rozstrzelają, gdy chociażby usłyszą o jakichkolwiek partyzanckich działaniach. Zostałam sama z bratem i służącą. Wróciliśmy do domu. Ten jednak z domem miał niewiele wspólnego, ale było mi już wszystko jedno. Czekałam na ojca. Tylko to się teraz liczyło. Po kilku dniach wrócił, cały i zdrowy. Obiecał, że już nigdy nie pozwoli by nas rozdzielono. Cieszyliśmy się byciem razem. Radość ta nie trwała jednak długo. Wkrótce dostałam bowiem nakaz stawienia się na roboty do Niemiec. Ojciec robił wszystko, co w jego mocy, by zwolniono mnie z przymusu. Próbował nawet targować się z Niemcami. Zaproponował im, że zapłaci im tyle złota, ile ważę. Bezskutecznie. Decyzja była nieodwołalna i ostateczna.

GRUDZIEŃ 1939

Stawiłam się na dworcu. Niemcy zapakowali wszystkich do bydlęcych wagonów. Nie chciałam znów rozstawać się z ojcem, przywarłam do niego w silnym uścisku. Musieli mnie odciągać i siłą wsadzać do pociągu. Strasznie płakałam. Ojciec łudził się, że może na którejś ze stacji uda mu się mnie wykupić. Ruszył konno w pogoń za pociągiem. Jechał za mną cały dzień. Był straszny mróz. Zapewne odmroził sobie ręce lub nogi. W końcu zaczęło brakować mu sił. Powiedział, że dalej muszę jechać sama, ale on mnie odnajdzie. Nie pozwoli, by stała mi się krzywda. Wróci po mnie i zabierze mnie do Warszawy. Wtedy widziałam go po raz ostatni. Podróż do Niemiec trwała kilka dni. Niewiele z niej pamiętam. Może jedynie to, że w wagonie było strasznie ciasno i duszno. Oddychanie dodatkowo utrudniał ten straszliwy mróz, który pokonał mojego ojca.

The following two tabs change content below.
Jagoda Szlachta

Jagoda Szlachta

Studentka dziennikarstwa, pasjonująca się tańcem nowoczesnym. Pasję tę rozwija w lubelskim Studiu Tańca UDS. Wielokrotnie reprezentowała Lublin i Polskę na krajowych oraz międzynarodowych mistrzostwach IDO. Na co dzień pogodna i towarzyska, odznaczająca się niebanalnym poczuciem humoru;). Zagorzała fanka polskiej reprezentacji siatkówki męskiej i Justina Timberlake'a.
Jagoda Szlachta

Ostatnie wpisy Jagoda Szlachta (zobacz wszystkie)