RECENZJA: David Gilmour – On An Island (2006)

gilmourWkładasz kompakt do odtwarzacza i co słyszysz? Potężny gwizd statku na pełnym morzu, szum fal. Z domowego zacisza przenosisz się na słoneczne wybrzeże. Może być Hel, jeśli nie wysepka na Bahamach. Ale najwięcej widoku zajmuje morze złączone z niebem długim horyzontem. W oddali sunie statek, co rusz nad głową przelatuje stado mew chętnych na kilka kawałków chleba. Czyż nie jest przyjemnie?

Wziąłem kiedyś byle jaki ołówek do ręki i zacząłem bazgrać po papierze do drukarki o najwyższej skali bieli. Miałem nadzwyczajną potrzebę zobrazowania, nawet w najbardziej szpetnej formie samotności – takiej najzwyczajniejszej, ale z domieszką pewnego egzotyzmu. A wszystko dlatego, aby gość, który miał znaleźć się na tym rysunku, nie przypominał sylwetką biblijnego Hioba z księgi Starego Testamentu. Tym razem skryta w ciemnościach postać siedziała na plaży, tuż przy linii brzegowej, będącej granicą między lądem a rozległym oceanem. Na czarnym, bezchmurnym niebie lśniły gwiazdy z wielkim srebrzystym rogalem. Daleko w tle rozciągał się zalesiony półwysep zakończony nieregularną ścianą skalną. Samotnik kontemplował bezkresny rozmiar wód w towarzystwie ogniska rozpalonego tuż obok, nad którym piekły się dwie ryby złowione przez jedynego mieszkańca tropikalnej wyspy.

Zawiało klasycznym Robinsonem Kruzoe, ale tak wyszło.

Rysunek stworzyłem w dużej mierze pod wpływem dźwięków. Muzyka puszczona wówczas z głośników creative’a była w większości spokojna. Dokładnie 10 lat temu – 6 marca 2006 roku, w dniu swoich 60-tych urodzin, przedstawił ją pewien starszy człowiek – jeszcze nie tak dawno temu lider z najsłynniejszych grup prog-rockowych wszechczasów.

Był nim David Gilmour, a płyta nosiła tytuł On An Island.

Starsi weterani pamiętają bardzo dobrze początki jego kariery solowej. W pierwszym albumie, zatytułowanym zwyczajnie David Gilmour (1978) sięgnął w kierunku rocka progresywnego skumulowanego z blues-rockiem, czyniąc go płytą szczególną. Zdolności solowe Gilmoura potwierdziły się sześć lat później wraz z premierą About Face. Po blues-rocku nie zostało ani śladu, a swoje solówki i riffy David zmieszał z modnymi w tamtym okresie syntezatorami i pogłosami perkusji.

Przez dwadzieścia dwa lata nikt nie miał możliwości posłuchać nowej płyty studyjnej. Zapowiedź przyszła niejako w latach 2001-2002 przy okazji akustycznych koncertów, gdy David zagrał utwór Smile napisany wraz z żoną Polly Samson. Dołączył on do składu dziesięciu piosenek zgromadzonych na On An Island.

Zazwyczaj tam, gdzie zjawia się Gilmour, jest jeszcze ktoś inny. Zmarły w 2008 roku Richard Wright brał udział w sesjach nagraniowych grając na klawiszach oraz śpiewając z przyjacielem w The Blue. Innymi filarami jest basista Guy Pratt (prywatnie zięć Richarda), gitarzysta Roxy Music Phil Manzanera, klawiszowiec Jon Carin i perkusista Steve DiStanislao. Warto dodać, że płyta Gilmoura ma w sobie również akcent polski. Za orkiestrację większości utworów odpowiada kompozytor Zbigniew Preisner, a niektóre partie pianina zarejestrował Leszek Możdżer. Ten sam skład, wraz z legendarnym saksofonistą Dickiem Parrym i Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Bałtyckiej, wziął udział w ostatnim koncercie trasy On An Island Tour w Stoczni Gdańskiej, który 26 sierpnia 2006 uświetnił 26-tą rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych.

Jakim albumem jest Wyspa?

W przeciwieństwie do swoich poprzedników z pewnością o wiele bardziej umiarkowaną produkcją, bez wyjątkowo mocnych uderzeń. No dobra, przegiąłem. Z pewnością mocne są Take a BreathThis Heaven. Bo reszta seryjnie należy do stonowanych kompozycji. Każda z nich jest bardzo ciekawa na swój sposób. Intro Castellorizon, jak to u Davida, jest wyłącznie instrumentalne z dominacją orkiestry Preisnera, która dopiero przy końcu ustępuje solo gitarowemu. Podobnie jest z A Pocketfull of Stones, w którym szef zespołu śpiewa piękny, surrealistyczny tekst, idealnie wieńczący całość. Utwór tytułowy wybrzmiewa przez całe siedem minut, a jednak wydaje się krótki, bo mógłby grać dłużej. Wspomniany wcześniej The Blue to jeden z faworytów dzięki wprowadzającej gitarze i harmonii wokali Davida i Ricka. Innym ulubieńcem jest wręcz wzruszający Then I Close My Eyes z udziałem Roberta Wyatta, choć zdecydowanie mocniejszą wersję zagrano na żywo w Gdańsku. Jest jeszcze enigmatyczne Red Sky At Night, gdzie gitarzysta Gilmour odwala kawał znakomitej roboty grając na… saksofonie. Epilog to Where We Start – idealne i jednocześnie nieco smutne zakończenie całej płyty, gdzie oczywiście gitara z orkiestrą grają do ostatniej sekundy. Po tym nie zostaje nic innego jak pozostawić płytę w odtwarzaczu i wcisnąć przycisk „PLAY”.

Jeśli można w dosłownie kilku słowach podsumować Wyspę, to najlepszym wyborem będzie określeniem jej najważniejszym wydawnictwem w dorobku Gilmoura. Love it…

The following two tabs change content below.
Michał Abramek

Michał Abramek

Pochodzący z prowincjonalnego miasta w województwie lubelskim student Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, założyciel Agencji Reporterskiej "PassionTV" oraz kanału "Bez Cenzury". Preferuje zamiłowanie do starej, dobrej muzyki, jaka bawiła starsze pokolenia, zapalony fan rocka progresywnego, hard rocka i muzyki awangardowej bez ustanku poszukujący nowych, ciekawych brzmień.