W zielonym baraku

Wakacje to dla studentów i dorastającej młodzieży coraz częściej czas wytężonej pracy, która niewiele ma wspólnego z błogim odpoczynkiem. W wielu wypadkach okres dwu- lub trzymiesięcznej przerwy od zajęć lekcyjnych czy wykładów zamienia się w twardą szkołę życia, gdy, najczęściej poza granicami kraju, młodzi ludzie ciężko pracują, ucząc się trudnej sztuki przetrwania w tym szalonym świecie.

5.00 rano to czas, kiedy pracownicy zaczynali swój dzień roboczy, kończąc go najczęściej o 18 lub 19. W tym czasie były wyznaczone tylko trzy przerwy: dwie dziesięciominutowe i jedna półgodzinna.

Ludzie przez kilka tygodni mieszkali w brakach – zarówno tych nowoczesnych, jak i tych nieco gorzej wyposażonych. Warunki daleko odbiegały od tych domowych, ale dzięki temu mieszkańcy blaszanych konstrukcji zawierali ze sobą przyjaźnie, czemu towarzyszyły nieustanny śmiech i żarty.

W kilkunastu sadach pracowało 180 ludzi. Nad wszystkim opiekę sprawował nadzorca, człowiek wymagający i uczący dyscypliny, ale jednocześnie mający złote serce. Do tego stopnia dbał o nasze bezpieczeństwo, że osobiście zamykał drzwi busów, które odwoziły pracowników. Zatrudnieni od początku byli zaznajomieni z obowiązującymi zasadami; zorganizowanie i zachowanie porządku przy tak dużej liczbie ludzi budziły podziw.

                                                                                      

Nie wszystko jednak rysowało się w tak optymistycznych barwach. Warunki atmosferyczne nie miały większego znaczenia, praca na dany dzień musiała zostać wykonana. Na całe szczęście podczas kilku tygodni pracownicy zmokli tylko raz, wtedy również odczuli spadek temperatury, licząc na to, że za moment znów zaświeci słońce i będzie ciepło. Zbiory owoców były nadzorowane przez pięciu kontrolerów. Byli mili, ale i wymagający: podczas wykonywania pracy nie wolno było rozmawiać między sobą, jeść ani palić papierosów; na to wszystko trzeba było zaczekać do przerwy. Dyscyplina grała pierwsze skrzypce, choć niektórym śmiałkom udało się kilka razy po kryjomu złamać obowiązujące zasady.

Największą zbrodnią było rzucenie gruszką, należało ją ułożyć delikatnie, tak, by nie została potłuczona, w przeciwnym razie nerwowy szef dawał znaki ostrzegawcze, upominając nieustannie za pomocą krótkiego wyrazu „delicato”, lub wprost groził utratą „posady”, krzycząc w niebogłosy: „Go to bus, go to Poland!”.

Plotki (któż zdoła ich uniknąć?) w środowisku sezonowych pracowników rozchodziły się z prędkością światła, co było pewnego rodzaju atrakcją wśród monotonii pobytu na obcej ziemi.

 

Opinie pracowników są podzielone.

Kasia: Moim zdaniem praca nie była ciężka, a atmosfera między pracownikami jak najbardziej w porządku. Co do wynagrodzenia, to całkiem przyzwoita stawka, ale – nie czarujmy się – mogłoby być lepsze (śmiech). To, że szef potrafił nas docenić i trudy wynagradzał nam za pomocą lodów, gofrów czy możliwości korzystania z busów w celach turystycznych i uzupełnienia prowiantu było jak najbardziej in plus – no i oczywiście sam fakt, że respektowano prawo do niedzielnego odpoczynku również.

Jakub: Czy poleciłbym komukolwiek pracę sezonową za granicą? No cóż, jeśli ktoś skanuje otwartą lodówkę oczami pięć minut, nie dlatego że nie wie co zjeść, tylko dlatego że nic nie ma w środku, to owszem, jest dosyć dobry pomysł na odbicie się od dna. Może troszkę przesadzam, bo zarobki też potrafią skusić, jednak mimo wszystko wydaje mi się, że lepiej mieć „status” człowieka w Polsce, niż być czyjąś „własnością” za granicą. Tak zupełnie serio – szefostwo traktowało ludzi jak maszyny do zbierania gruszek. Jak bowiem inaczej nazwać sytuację, gdy od samego rana jesteś święcie przekonany, że kończysz zbiory o godzinie 17, a dosłownie 10 minut przed upływem wyznaczonego czasu dostajesz informację, że jednak powrót przeniesiono na 19? Pół biedy jeśli ktoś pakuje sobie dużo jedzenia, picia i fajek rano, w innym przypadku czeka go harówka z pustym żołądkiem. Stawka godzinowa to w przybliżeniu 8 euro, jednak wyjeżdżając do sadów o 6.00 rano i wracając z nich o 20 zarabia się tylko 80 euro. Gdzie podziały się 2 godziny? No cóż, dojazdy i niepłatne przerwy robią swoje. Jeśli tak ma się sprawa, to może chociaż warunki mieszkaniowe są dobre? Szczerze? Osobie, która lubi mieszkać w 6 osób na przestrzeni przeciętnego przystanku autobusowego zapewne będzie jak w raju….

 

Niedziela była dniem wolnym. Fundowane przez szefa ogromne smakowite lody i gofry były jedną z form umilenia życia pracującym.
Rządy grusz obwieszonych owocami wydawały się nie mieć końca.

Mając w dłoni gruszkę, obchodźcie się z nią „delicato”!

 

The following two tabs change content below.
Natalia Nigborowicz

Natalia Nigborowicz

Jestem Natalia, pasjonują mnie podróże i odkrywanie świata. Wolny czas chętnie poświęcam dobrej książce. Zawsze przegrywam z kawałkiem czekolady.
Natalia Nigborowicz

Ostatnie wpisy Natalia Nigborowicz (zobacz wszystkie)