W sąsiedztwie krematorium

„Drogiej Boli – Polce i Patriotce, której Dom był przystanią dla uratowanych z Majdanka…”.Majdanek_hek
Bola Dyś (z domu Kotłowska) to moja ciocia. Gdy wybuchła wojna miała zaledwie 17 lat. W normalnych czasach jest to piękny wiek. Przygotowania do matury, studniówki, pierwsze poważne związki. Ona jednak nie myślała o tym. Wraz z rodzicami ukrywała ludzi, którzy uciekli z Majdanka.

Tak to się zaczęło…

Pierwsze bomby, które spadły na Lublin, trafiły częściowo w dom cioci. Połowa domu była całkowicie zawalona, jednak druga połowa uratowała się. Rozpoczęła się wówczas okupacja niemiecka. W domu z czerwonej cegły, który mieścił się na Bronowicach, znajdowała się strażnica. Nieopodal, na Majdanku, tuż przy obozie, stał dom cioci Boli. Dom, który stał się ostoją dla wielu. Już w 1940 roku ciocia wyszła za mąż za przewodniczącego drużyny harcerskiej – Zygmunta Dysia. Razem zamieszkali w domu jej rodziców i działali w konspiracji.

Majdankowa rzeczywistość…

Obóz koncentracyjny na Majdanku powstał z inicjatywy Heinricha Himmlera. Budowany był od jesieni 1941 roku. Na sam początek postawiono kilka baraków, a teren ogrodzono drutem kolczastym pod napięciem. Nie było tam podstawowych urządzeń sanitarnych, panował ścisk. Nic więc dziwnego, że odbijało się to na zdrowiu i życiu więźniów. Byli oni wykorzystywani do katorżniczej pracy i głodzeni. Na Majdanku wybudowano krematorium do palenia ludzi. Mieszkańcy pobliskich domów nie mogli otwierać okien, ponieważ smród był okrutny. Odór palonych ciał przypominał zapach palonego pierza. Harcerze i ludność cywilna chcieli pomagać więźniom, jednak graniczyło to z cudem. Jedyną możliwością kontaktu były grypsy, które noszono w ziemniakach. Ci, którym udało się uciec, ukrywali się w pobliskich domach. Nie wszyscy jednak odważyli się ich przyjmować. Dom cioci był otwarty dla tych ludzi. Ukrywali ich na strychu. Było to możliwe, ponieważ jak to się mówi „pod latarnią najciemniej”. Często pomieszkiwali u nich w domu Niemcy, a rodzina była zaprzyjaźniona z jednym eingedeutschem. Brzmi to dość dziwnie, ale w rzeczywistości ratowało im wszystkim życie.

Polski eingedeutsch…

Maksymilian Kubejski był eingedeutschem (osoba częściowo spolonizowana lub pochodzenia niemieckiego). Dzięki niemu rodzina cioci miała w posiadaniu broń. Chowali ją na ogół w pościeli. Gdy Kubejski dawał im broń, powiedział: „strzelajcie na oślep, nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć w nocy”. Mężczyzna posiadał również aparat fotograficzny, więc gdy trzeba było zrobić zdjęcia, zawsze mogli się do niego zgłosić. Kubejski był także kierownikiem w przechowalni sprzętu na dworcu kolejowym. Tam zatrudnił męża cioci, który dzięki temu, mógł prowadzić działalność konspiracyjną. Gdy ciocia dostała wezwanie na roboty, doradził jej ojcu: „Panie Kotłowski, niech córka nie śpi w domu.”. Musiała chować się kilka dni, aż sprawa ucichła. W końcu Niemcy zaczęli wiązać niektóre fakty i sprawdzali Kubejskiego. Mężczyzna uciekł do Warszawy, gdzie chciał wstąpić do partyzantki. Jego plany pokrzyżowało jednak powstanie warszawskie. Powrócił zatem do Lublina. Po wojnie był przesłuchiwany. Dalsze jego losy są nam nieznane. Ciocia określiła go jednym zdaniem: „Gdyby każdy Polak był taki, jak on…”.

Zakazana miłość…

Jeden z dyżurujących na Majdanku Niemców zakochał się w Polce – Bidachowej. Za wszelką cenę chciał ją wywieźć z obozu. W końcu nadarzyła się okazja. Do obozu przyjechała furmanka, która miała wywieźć śmieci na zsyp. Znajdował się on w okolicach dzisiejszej ulicy Jaczewskiego. Kobieta wraz z przyjaciółką wyjechała z obozu, przykryta śmieciami. Później, w nocy, musiały pieszo pokonać drogę z Jaczewskiego na Majdanek. Adres cioci dostały od Niemca. W środku nocy ktoś zapukał do drzwi. Przerażona ciocia i jej matka otworzyły i zauważyły, że w drzwiach stoją „2 oberwańce”. Zaopiekowały się nimi: nakarmiły, ubrały i zagwarantowały dach nad głową. Niestety Niemiec, który pomógł im uciec, musiał przyznać się do winy. Niedługo potem został rozstrzelany. Bidachowa po wojnie została poddana prowokacji. Musiała zameldować się na UB. Sfałszowano jej zeznania i połączono ją z Zaporą (cichociemny, działał w Niedrzwicy). Było to krzywdzące dla obojga.

Epidemia tyfusu…

Ze względu na złe warunki sanitarne i rozprzestrzeniającą się wszawicę, w obozie wybuchła epidemia tyfusu. Ponieważ Niemcy bali się tej choroby, pozbywali się chorych więźniów. Niektórych palili, a niektórych wypuszczali. Ci, którym udało się wydostać, często udawali się do domu Kotłowskich. Ojciec cioci opiekował się każdym z nich. Niestety w końcu sam dostał wszy i zaraził się. Zachorował na tyfus. W 1942 roku zmarł.

Wyzwolenie…

W nocy, przed wyzwoleniem obozu, do domu cioci zapukali Niemcy. Weszli do środka z karabinami. Zapytali, czy są tu Żydzi. Mama cioci odpowiedziała spokojnie, że nie. Chcieli przeszukać dom, ale spostrzegli ciocię i wujka oraz ich zdjęcie ślubne. Matka wytłumaczyła im, że są świeżo po ślubie, więc Niemcy odeszli. Za chwilę jednak okazało się, że z drugiej strony domu ukrywała się rodzina, znanego wówczas w Lublinie dr Steina. Rodzina cioci nie miała o tym pojęcia. Niestety w chwili, gdy ich znaleziono, wszyscy już nie żyli. Doktor zażył truciznę i podał ją również swojej żonie oraz dzieciom. Niemcy wynieśli ciała. Na ogół wynosili trupy w nocy, żeby nikt tego nie widział. Kilka dni później nadeszło wyzwolenie. Do Lublina wkroczyła Armia Czerwona. Wojsko rosyjskie okazało się jednak jeszcze gorsze. Grabili wszystko, głównie jedzenie – w przeciwieństwie do Niemców, których interesowały jedynie kosztowności. Poza tym również pili, wdawali się w bijatyki i gwałcili kobiety – niezależnie od wieku i stanu zdrowia.

Tak, w wielkim skrócie, kształtowały się losy Lublinian podczas wojny. Istotne jest to, że istnieją tak wspaniałe osoby, które wciąż mogą przekazywać tę historię młodszym pokoleniom. „Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtórzenie.” Pamiętajmy zatem o tym. Nigdy nie zapominajmy o ludziach, którzy ryzykowali życiem, aby uratować drugiego człowieka.

The following two tabs change content below.
Katarzyna Leszczyńska

Katarzyna Leszczyńska

W Coś Nowego: tańczę, śpiewam, recytuję. Po prostu Kasia.