Reedycje Polskich Nagrań „MUZA”

góraReedycje albumów na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat to zjawisko coraz częstsze. Dzięki bieżącym osiągnięciom techniki w dziedzinie restauracji materiałów dźwiękowych mamy możliwość posłuchania utworów bez trzeszczenia zdartych płyt winylowych oraz błędów popełnionych przy pierwszej produkcji przez osobę za to odpowiedzialną lub warunki nagrywania. Dzisiaj przyjrzymy się bliżej nowym wydaniom kultowych albumów z szyldu Polskich Nagrań „MUZA”.

Ze znaczeniem słowa remaster zetknąłem się w czasie pobytu w Londynie we wrześniu 2009 roku. Magiczna data 09.09.09, zapowiadana z uporem maniaka przez Piotra Metza na antenie Trójki, oznaczała wielkie święto, zwłaszcza w stolicy Wielkiej Brytanii. Szara, typowo angielska pogoda nie przeszkodziła nikomu w celebracji premiery odświeżonego katalogu nagrań The Beatles, odpowiednio w mono jak i stereo. Salon HMV przy Picadilly Circus tonął w morzu ich piosenek, a tłumy zbierały się przy stoisku z obydwoma zestawami oraz płytami wydanymi oddzielnie. Wersje stereo wypuszczono w kartonowych opakowaniach typu digipack, będącymi zastępstwem znanych od początku istnienia płyt kompaktowych plastikowych jewel case’ów. Płytom mono niedostępnych oddzielnie przyznano oprawę będącą wierną repliką okładek dla płyt winylowych.

W realiach polskich sprawa wygląda podobnie. Ze względu na coraz większą trudność w zdobyciu  jakiegoś wiekowego krążka wytwórnie płytowe decydują się na ponowne, czasami któreś z kolei, wydanie tego „białego kruka” dla zaspokojenia potrzeb konsumentów. Największą atrakcją jest fakt, iż materiał „został zremasterowany z oryginalnych taśm-matek” (ang. original master tapes), czyli analogowego nośnika magnetycznego, będącego pierwowzorem dla tworzenia kopii. Dla zatwardziałych audiofilów i melomanów to prawdziwa gratka.

W ostatnich miesiącach mogliśmy sięgnąć po wznowienia zasłużonych polskich longplayów. Polskie Nagrania „MUZA” – naczelny producent fonograficzny za czasów PRL, obok takich wytwórni jak Tonpress, wypuścił pierwsze wydania sygnowane nazwą serii pt. Kultowe winyle a CD. W chwili obecnej nakład zawiera trzy albumy Czesława Niemena (m.in. Dziwny jest ten świat), kilka albumów Breakout, jak i To mój blues Tadeusza  Nalepy, czy jedyne osiągnięcie grupy Dżamble – Wołanie o słońce nad światem. Z całego tego pokaźnego katalogu postanowiłem wziąć pod lupę dwa albumy formacji, którą osobiście darzę szczególnym uznaniem. Chodzi rzecz jasna o Budkę Suflera.

Póki co Polskie Nagrania przypomniały nam debiutancki Cień wielkiej góry (1975), oraz najbardziej rozpoznawalny studyjno-kompilacyjny 1974-1984, znany jako Helikopter. helikopter

Producenci zadbali o to, aby design płyt przypominał koperty dla winyli. Tak też jest w przypadku Budki Suflera. Wysokiej jakości opakowania skrywają płyty ozdobione labelem (nadrukiem) Polskich Nagrań oraz wierną oryginałowi szatę graficzną. Słusznie odrzucono sposób umieszczania krążków w szczelinach między kartonikami na rzecz plastikowych nasadek.

Aby w pełni zasmakować tego wyjątkowego uroku, longplayów należy słuchać na odpowiednim sprzęcie. Puszczanie muzyki z małego, kuchennego radyjka, z wbudowanym odtwarzaczem CD nie daje takiej frajdy, jak na wysokiej jakości wieży hi-fi, ze stojącymi kolumnami naprzeciw wygodnego fotela dla słuchacza. Spędzone w tenże sposób półtorej godziny na odsłuchu mogę nazwać dłuższą, słodką chwilą, mogącą trwać wiecznie. Jeśli mam tutaj podkreślić główny atut, to jest nim naprawienie wielu błędów technicznych. Słuchając reedycji Cienia wielkiej góry sprzed dwudziestu lat, natknąłem się na chwilowe przerwy w prawym kanale. Co innego mówić o egzemplarzach reprezentujących box Budka Suflera Collection (2010). Zbierając zażalenia osób na stronach sklepów internetowych zajmujących się dystrybucją pakietu, można rzec, że osoby odpowiedzialne za mastering kompletnie spartaczyły robotę, czego wynikiem było znaczne pogorszenie jakości nagrań. W wypadku najnowszych wydań wszystko ma swoje proporcje. Nagrania biją łuną świeżości. Gitary grają jak należy, perkusja zyskała nową siłę, a wokale brzmią wyjątkowo klarownie. Gdy jednak Czesław Niemen swoją pierwszą partią syntezatora Moog rozpoczyna legendarnego Szalonego konia życie przypomina idyllę. A jeśli chodzi nam o kanoniczny Helikopter, to jeszcze nigdy nie słyszałem Za ostatni grosz, Memu miastu na do widzenia, czy Jolka Jolka pamiętasz w tak pięknej postaci.

Rzekłbym, wszystko bez wad… No, ale jednak… Wszystko ma swoje źródło w moim przyzwyczajeniu do albumów na kompakcie z dołączonymi książeczkami, oprawionymi najczęściej rzadkimi fotografiami z życia zespołu, tekstami piosenek (znanymi przez wszystkich), oraz takimi rarytasami, jak wspomnienia i anegdoty autorstwa muzyków, czy osób z nimi ściśle powiązanych. Z drugiej strony, po co chcieć więcej od ludzi wykonujących horrendalną robotę przy remasteringu nagrań?

Historia powraca w upiększonej postaci, aby przypomnieć starszym pokoleniom lata ich młodości, a młodszym pokazać to, co najlepsze. Wstyd nie mieć tych płyt, a co dopiero nie znać!

The following two tabs change content below.
Michał Abramek

Michał Abramek

Pochodzący z prowincjonalnego miasta w województwie lubelskim student Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, założyciel Agencji Reporterskiej "PassionTV" oraz kanału "Bez Cenzury". Preferuje zamiłowanie do starej, dobrej muzyki, jaka bawiła starsze pokolenia, zapalony fan rocka progresywnego, hard rocka i muzyki awangardowej bez ustanku poszukujący nowych, ciekawych brzmień.