Recenzja: Dire Straits – Brothers in Arms (1985)

Brothers-In-Arms-coverPewien zasłużony redaktor jednego z portali muzycznych bardzo częstrozpoczyna swoje rocznicowe recenzje od specyficznego, wykreowanego przez siebie wykrzyknienia. Gdy Violator „Depeszów” w marcu skończył ćwierć wieku, ów człowiek mówił „Ćwiara minęła!”. Wobec tego, idąc jego śladem, rozpocznę swój kolejny wywód w tenże sam sposób. Trzy dychy minęły!

Od 1981 roku nowy nośnik zapisu dźwięku – compact disc – zalewał regularnie rynek jako następca czarnych płyt winylowych odsuwając je w swój cień. Stopniowo, jednak skutecznie. Cyfrowa jakość była głównym atutem wynalazku, gwarantującym trwalszą wytrzymałość materiału i brak szumów gramofonowych. Nowinka, jak na tamte czasy, zdobywająca przychylność odbiorców.

Wydany w maju 1985 roku piąty studyjny album Dire Straits był jednym z pierwszych wypuszczonych na aluminiowej płycie, jaki podbił serca fanów, osiągając wynik 20 milionów sprzedanych egzemplarzy. Nie można nie zgodzić się z jasnym stwierdzeniem, że to szczytowe osiągnięcie. Trasa koncertowa, jak najbardziej udana, wyczerpała ekipę Marka Knopflera na tyle, że postanowili rozstać się na jakiś czas. Chłopcy skrzyknęli się w 1991 roku, aby nagrać album On Every Street – ostatni w dorobku. Nie zyskał on jednak takiego samego sukcesu, jak jego legendarny poprzednik. Knopfler natomiast z koncertu na koncert coraz bardziej chciał zmienić gatunek muzyczny na bardziej kameralny, taki, jaki wypełnił wydaną przed niecałym kwartałem płytę Tracker.

Zaczynamy przyjemnie – od lekkiego i zwartego melodyjnie So Far Away jako introdukcji. Niebawem, po chwili ciszy, słyszymy nikogo innego jak tylko… Stinga śpiewającego wśród dźwięku syntezatora, tym samym rozpoczynając drugi hicior – Money For Nothing. Główny wokalista nie przebiera w słowach wyśmiewając gonitwę młodych zespołów w kierunku nowo powstałego kanału MTV. Na szczególną uwagę zasługuje nowatorski, jak na tamte czasy, animowany klip, w którym zastosowano animację komputerową i rotoskopową.

Dire_straits_22101985_23_800Przyznaję ze wstydem, że Walk of Life znałem brzmieniowo jedynie z radia samochodowego, pozbawionego wyświetlacza nazw wykonawców. Wystarczyło usłyszeć pierwsze dźwięki klawiszy, a fala adrenaliny momentalnie powodowała chwilowe zawieszenie. A więc to Dire Straits – powiedziałem. Nie inaczej miałem w przypadku Your Latest Trick. Najpierw trąbka, gitara w głębi… ta melodia… skądś to znam… Kiedy wszedł saksofon wszelakie wątpliwości zostały rozwiane.

Druga strona płyty w większości jest spokojniejsza i mniej przebojowa od pierwszej, chociaż romantycy mogą się zakochać w obecnych tu momentach. Chociażby w utworze Why Worry – stonowanej kompozycji, która jest dobrą kołysanką, chociaż z przyjemnego letargu mogą zbudzić zamykające ją bębny. To samo można rzec o następcy – Ride Across The River, genialnie wypełnionym wieczornymi klimatami. Bo przecież te świerszczyki w tle z niczym innym się nie kojarzą.

Od The Man’s Too Strong zaczyna się końcowe uniesienie. Z początku słyszałem album Tracker, a w głębi piosenki często zdarzają się głośne momenty, zapowiadające końcówkę. W funkowym One World John Illsley rewelacyjnie stosuje technikę gry na basie zwaną „klangiem”, za to klimatycznie przyznam, że w pierwszym odsłuchu wziąłbym wokal Marka za śpiew Paula McCartneya – na początku linii. Ostatnia przebojowa ścieżka ustępuje nieśmiertelnemu monumentowi – utworowi tytułowemu.

Brothers in Arms – antywojenny hymn, postument muzyczny o braterstwie między ludźmi, płynie w lekko nostalgicznym nastroju przez dobre siedem minut. Gitarowe wstawki, w środku i epilogu zwłaszcza, dopełniają się z organowymi momentami. W taki sposób ostatnie wielkie osiągniecie Wielkich Kłopotów przechodzi do historii. I powraca wciąż, ilekroć płytę położy się na talerzu w celu konsumpcji.

The following two tabs change content below.
Michał Abramek

Michał Abramek

Pochodzący z prowincjonalnego miasta w województwie lubelskim student Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, założyciel Agencji Reporterskiej "PassionTV" oraz kanału "Bez Cenzury". Preferuje zamiłowanie do starej, dobrej muzyki, jaka bawiła starsze pokolenia, zapalony fan rocka progresywnego, hard rocka i muzyki awangardowej bez ustanku poszukujący nowych, ciekawych brzmień.