„Problem jest w wyznaczaniu pewnych zadań.” – prof. Jerzy Nikitorowicz o edukacji międzykulturowej

fot. Katarzyna Leszczyńska
fot. Katarzyna Leszczyńska

W środę, 20 listopada, w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej, odbyła się konferencja „Integracja cudzoziemców w Polsce. Wersja 2.0 czy 0:2?”. Jednym z zaproszonych gości był prof. dr hab. Jerzy Nikitorowicz, z Uniwersytetu w Białymstoku. Wygłosił referat „Wielokulturowość i międzykulturowość w Polsce. Oczekiwania wobec edukacji międzykulturowej.”. Przed samą konferencją, udało nam się zająć mu chwilę i zadać kilka pytań. Z profesorem rozmawiała Katarzyna Leszczyńska.

Katarzyna Leszczyńska: Czy uważa Pan polskie społeczeństwo za tolerancyjne?

Prof. Jerzy Nikitorowicz: Jest tu wiele różnego rodzaju odcieni. Tak, jak byśmy analizowali pojęcie postawy, w której mamy trzy podstawowe komponenty. Tak naprawdę emocje, które ludzie wyrażają są w olbrzymiej skali. Od nienawiści, wrogości, do wszechogarniającej miłości i empatii. Tutaj też, w zależności od grup wiekowych i płci, zależy cała gama czynników. Polskie społeczeństwo nie jest jednolite. Państwo widzieliście, jak było w Święto Niepodległości – kilka grup różnie świętowało. Niektórzy wyjeżdżali z pewnych miejsc, żeby świętować w innym miejscu. Nie można powiedzieć generalnie, że polskie społeczeństwo jest tolerancyjne, ale na pewno się jako takie deklaruje. Z badań sondażowych wynika, że deklarujemy tolerancję. Natomiast im bliżej wchodzimy, jest jak w skali Bogardusa – jeżeli coś nas bezpośrednio dotyczy to nie chcielibyśmy mieć w swoim otoczeniu ludzi innego koloru skóry, religii itd. Ale mówię, deklaracja jest. Staramy się być dobrze widziani.

K.L.: Co Pan uważa na temat stereotypów?

J.N.: Ja ciągle mówię, że są stereotypy pozytywne. Kiedyś, jak mieliśmy granicę z Węgrami, mówiło się „Polak, Węgier, dwa bratanki…”.  Uniwersytet w Białymstoku, który reprezentuję, ma filię w Wilnie. Staramy się wprowadzać idee i zasady życia międzynarodowego, mając na zasadzie Rzeczpospolitą wielu narodów. Próbujemy niwelować te stereotypy, uprzedzenia, które wyrosły na przestrzeni wieków. Na Litwie są Polacy, którym przecięto habitus, ponieważ mieszkają tam z dziada, pradziada. My jako Polacy, jako naród, powinniśmy ich wspierać w tym, żeby podtrzymywali dziedzictwo kulturowe swoich ojców i jednocześnie byli obywatelami Litwy. My założyliśmy dlatego filię w Wilnie, a Państwo załóżcie chociażby w Suwałkach, bo tam są Litwini. Żeby te granice świadomościowe, które są w nas były pograniczami myślenia. Żeby dać szanse rozwojowe każdej grupie. Najgorsze są uprzedzenia z braku wiedzy, orientacji, chęci poznania. To, o czym mówiliśmy, że na skali mamy emocje jest wielkim problemem. Takim samym jest fakt, że wielki wysiłek trzeba włożyć w to, żeby zdobyć wiedzę, orientację. Problem jest z brakiem zainteresowań, zamiłowań młodzieży. Wówczas powstają takie stereotypy, uprzedzenia, które trudno niwelować. Nie da się ich zwalczyć, bo jak świat światem, one były, ale trzeba pracować, żeby one nie były niszczące i nie przeszkadzały w rozwoju innych ludzi.

K.L.: Chciałabym, żeby porównał Pan wschodnią część Polski do reszty naszego kraju. Czy m.in. na Lubelszczyźnie mieszka dużo cudzoziemców?

J.N.: W naszym kraju brakuje programów rządowych. Poza rządowe owszem są, ponieważ powstają fundacje, stowarzyszenia, organizacje. Niestety nasze ministerstwa nigdy nie zastanawiały się nad tym. Niektóre z nich powinny podjąć pewne próby, gdyż brakuje nam osób w wieku produkcyjnym. Jest nadzieja, że ściągnie się Polaków mieszkających na wschodzie, ale to są już inne pokolenia. Ci, którzy mają kartę Polaka i chcą przyjechać tu do pracy są w pewien sposób upokarzani. Zarzuca się im chociażby gorsze wykształcenie. To jest ogromny dylemat. Przez to, że nie ma programów, nie wspiera się cudzoziemców. Pyta Pani, czy jest ich dużo… Do póki nie będzie programów, to będzie ich niewielu. Będą to przypadkowi uchodźcy. Mamy na wschodzie dużo Czeczenów. Zbytnio ich nikt nie liczy, bo nie jesteśmy przygotowani na ich przyjęcie.

K.L.: Jakie zadania stoją przed podmiotami zaangażowanymi w proces integracji międzykulturowej w Polsce? Jak i co organizować, żebyśmy poznawali innych?

DSC_0690
fot. Katarzyna Leszczyńska

J.N.: To są wielkie zadania i oczekiwania związane właśnie z umiejętnością prowadzenia dialogu, negocjacji. To jest chyba najważniejsze. Wszystkie kraje na świecie (nawet Francja, która nie prowadziła polityki wielokulturowości) twierdzą, że polityka wielokulturowości nie udała się. W Niemczech, czy w Wielkiej Brytanii mówią, że nie wyszła, zupełnie się nie sprawdziła. Ale tak naprawdę jej nie było. Tworzono getta i w jakiś sposób zamykano w tych gettach. Teraz jest problem, żeby zastanowić się nad tolerancją. Tolerancja to jest wysiłek wyjścia naprzeciw trudnościom poznania innego. Ten wysiłek jest związany z tym, żeby świadomościowo zrozumieć tego innego i dać mu szanse rozwojowe. Dzięki temu sami się rozwijamy. Amerykańscy socjolodzy zastanawiali się, ile przejmujemy od innych kultur. 10 – 20% jest tym, co rdzennie nasze. Reszta jest procesem kulturyzacji. Zapożyczamy, czy chcemy, czy nie chcemy. Najlepiej to widać w kulinariach. Gdyby nie przyprawy z całego świata, jaka byłaby kuchnia? One się rozwinęły. Tak samo chyba jest w innych wymiarach. Festiwale niestety niewiele nam dają. Trzeba szukać jednak różnych form, różnych rozwiązań. Realizujemy masę projektów. Moja fundacja, w Uniwersytecie, zorganizowała wiele projektów związanych z pokazaniem dziedzictwa kulturowego różnych narodów, oznaczyła szlaki. Spotykamy się z Tatarami (którzy byli osiedleni na białostocczyźnie), realizujemy wiele projektów i wszystko nam się udaje w przedszkolach i szkołach podstawowych. Najgorzej jest wejść do gimnazjum i dalej. Tam już są kłopoty, ale ja myślę, że to jest proces. Trzeba wierzyć w to, że powoli nam się ukształtuje społeczeństwo otwarte. Najważniejsze, żeby były otwarte umysły, bo najgorszy jest umysł zamknięty, z uprzedzeniami i niechęciami do poznawania. Jest dziś jeszcze problem ekonomiczny, socjalno – bytowy. Są lęki i zagrożenia, że oni nam zabierają pracę, albo posługują się naszymi funduszami z pomocy społecznej. To jest dylemat tych niechęci. Gdybyśmy mieli zabezpieczenie socjalno – bytowe, to może byśmy bardziej się otwierali. Najczęściej realizowane są programy uwrażliwiania na inność, głównie w przedszkolach i to się udaje. Dzieci są otwarte. Dzieci z resztą w ogóle mają niezwykle rozwiniętą ciekawość poznawczą i nie budują uprzedzeń, dopóki rodzina im ich nie nasunie. Starsze pokolenia jednak się jeszcze obawiają i trzeba mieć nadzieję, że to się zmieni.

K.L.: A co ze studentami? Czy jest to grupa otwarta na cudzoziemców i inne kultury?

J.N.: Ci, z którymi pracujemy są bardzo otwarci. Wolontariat u nas działa bardzo dobrze. Koło Edukacji Międzykulturowej organizuje różne spotkania. Mamy różnego rodzaju warsztaty, które otwierają ludzi. Dopiero po poznaniu kultury Cyganie np. nie wiążą się już ze złodziejem, a ze strojami, pieśniami, tańcami. Uczniowie szkoły średniej często jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy.

K.L.: To na pewno nie jest kwestia wyłącznie tych, którzy są na miejscu. Chodzi też o  przybyszów, żeby oni chcieli się otworzyć. Żeby czuli tę potrzebę…

J.N.: Nie powiedziałem o symetryczności. Zapożyczenia czasem są w jedną stronę. Była kolonizacja, wcześniej chrystianizacja itd… Problem jest w wyznaczeniu pewnych zadań. Wyraźne określenie ich i konsekwencja realizacji. W Wielkiej Brytanii zastanawiali się, jak to jest możliwe, że wyhodowali swoich wrogów, dali im pracę, wiedzę,  szansę, a ich kultura wciąż nie przystaje do kultury europejskiej. To jest pewien dylemat, który trudno opanować. Ważne są dlatego przedstawione zadania. Nie mówię o asymilacji, ponieważ dziś mówi się o tożsamości wielopłaszczyznowej. Trzeba dziedziczyć własną kulturę, matczyny język, zwyczaje, obrzędy, religie. Trzeba automatycznie zdawać sobie sprawę z obowiązku obywatela. Ktoś, kto przybywa powinien znać język danego kraju, poznać kulturę, uczestniczyć w niej – nie rezygnując ze swego dziedzictwa. Prof. Smolicz badał kultury w Australii oraz w Kanadzie i wskazał, że ci, którzy z szacunkiem i godnością nie rezygnowali ze swojej pierwszej kultury, szybciej i łatwiej adoptowali się do nowych warunków, do których przenosili się z własnej, nieprzymuszonej woli. To jest właśnie ten wysiłek, jednej i drugiej strony.

Dziękuję za rozmowę!

DSC_0717
fot. Katarzyna Leszczyńska

The following two tabs change content below.
Katarzyna Leszczyńska

Katarzyna Leszczyńska

W Coś Nowego: tańczę, śpiewam, recytuję. Po prostu Kasia.