Pierwsza skrzydlata

pierwsza-skrzydlata-ludw_19579 (1)„Niniejszym oświadczam, że od miesiąca lipca 1938 roku, do miesiąca września 1939 roku byłem drużynowym, a mój brat Tadeusz Dyś, przybocznym Drużyny Harcerskiej przy Lubelskiej Wytwórni Samolotów w Lublinie. (…) Wszystkie fakty zawarte w tej opowieści, dotyczące historii powstania drużyny, działalności przedwojennej zastępów III „Zawiszy” i IV „Łosiów”,  jak również mojej osoby, są zgodne z prawdą, co stwierdzam własnoręcznym podpisem. Zygmunt Dyś.”

„- Panie majorze! Melduję drużynę harcerską przy Lubelskiej Wytwórni Samolotów na zbiórce. Do drużyny zapisało się pięćdziesięciu siedmiu, stan na zbiórce pięćdziesięciu pięciu.” – zameldował drużynowy, Zygmunt Dyś. Tuż obok niego stał przyboczny, Tadeusz Dyś – jego brat, a mój dziadek. Niestety nie było mi dane porozmawiać z nim na temat jego działalności harcerskiej. To wujek przekazał mi wszystkie dane na ten temat.

Drużyna harcerska powstała z inicjatywy ich kuzyna: Ludwika „Lutka” Bronisz – Pikało. Zgłosił się on do gospodarza Lubelskiego Aeroklubu, Włodzimierza Kondratiuka, który urzeczywistnił marzenia młodych chłopców o „byciu żołnierzami”. Drużynowym został Zygmunt Dyś. Cała drużyna podzieliła się na trzy zastępy, a każdy  z nich miał swojego zastępowego. Jednym z nich został Lutek, który wymyślił specyficzną nazwę dla swojego oddziału: „Łosie”. Wzięła się ona od ulubionych samolotów majora o tej samej nazwie. Chłopcy dużo ćwiczyli i marzyli o walce z bronią w ręku. Coraz częściej mówiło się wówczas o wojnie. Nieświadomi potęgi Niemiec, myśleli o tryumfie Armii Polskiej. Sami chcieli stawić czoła wrogowi, jako silna drużyna harcerska. Ich marzenia potęgowały ćwiczenia, w których brali udział, oraz wszechobecne na ulicach piosenki:
„…Jeszcze Hitler Polakowi czyścić buty musi!
Marsz, marsz Hitlera, niech go weźmie cholera,
Niech go piorun trzaśnie, niech na wieki zaśnie!”
Z dnia na dzień jednak zaczynali uświadamiać sobie przewagę Niemiec. Niektórych ogarniał strach, zwłaszcza po utracie ich wodza, majora Kondratiuka, który został przeniesiony do Warszawy.

2 września 1939 r. rozpoczęło się w Lublinie bombardowanie. Specjalnym celem stała się Lubelska Wytwórnia Samolotów. Chłopcy z drużyny włączyli się do akcji ratowniczej. Choć ciężko było wytrzymać widok  i odrażający odór krwi, dzielnie nosili rannych na noszach. 9 września miało miejsce najgorsze z bombardowań. Wtedy też musieli opuścić lotnisko. Ich drużyna rozpadła się. Lublin został zdobyty przez Niemców i rozpoczęła się okupacja. Pewnego dnia Lutek wracał w mundurze harcerskim do domu. Został zatrzymany przez Niemców i pobity. Wtedy też nadszedł czas na zebranie drużyny od nowa. Powstał jeden główny zastęp, który nazwano „Łosie”. Chłopcy odkryli arsenał z bronią, którą ukryli w okolicach domu Lutka. Na oficjalnej zbiórce złożyli przysięgę przed biało – czerwoną flagą i tarczą z Orłem Białym:
„Przysięgam Tobie, Ukochana Ojczyzno, że będę walczyć z wrogiem do ostatniej kropli krwi i nigdy Cię nie zdradzę. Przyrzekam, że będę posłusznie wykonywał wszystkie rozkazy”.

W hangarach na lotnisku, Niemcy zorganizowali obóz jeniecki. Pierwszą rzeczą, jaką zrobili „Łosie” było dokarmianie polskich żołnierzy, umieszczonych w obozie. Zupy gotowały mamy druhów, a chłopcy zbierali jedzenie po sąsiadach. Nosili więc kotły, chleb, ziemniaki. Jedzenie szybko znikało. Żołnierze byli wygłodzeni i błagali o więcej porcji. Harcerze pocieszali ich, jak mogli. Głównie starali się wspierać na duchu, opowiadając historie o ofensywie ze strony Anglii i Francji. Dzielili się na grupki i udawali, że się nie znają, aby nie sprawiać wrażenia grupy zorganizowanej. Po pewnym czasie zaczęli przekazywać informacje od żołnierzy do ich rodzin. Gdy lepiej poznali obóz, rozpoczęli wyprowadzkę jeńców.

Chłopcy zaczęli szkolić się z obsługi broni. Postanowili również prowadzić tzw. „papierową wojnę”. Zorganizowali drukarnię, aby móc drukować m.in. ulotki i prasę. Na Łęczyńskiej Niemcy trzymali swoje samochody z wyposażeniem. Chłopcy przekradli się do nich i zdobyli lornetkę wojskową, cztery apteczki polowe, dwie łopaty wojskowe i furażerkę. Do drużyny zaczęły wstępować również dziewczyny. Pierwszą z nich była Daniela Pszczoła  –  „Osa”.

Pierwsza ulotka, jaką udało się wydać harcerzom, wywarła duże wrażenie na miejscowych volksdeutschach, ponieważ właśnie do nich była adresowana:
„Spaśliście się na naszej szynce i chlebie.
Było wam w Polsce jak w niebie.
Ale zdrada niebezpieczna,
Trzecia Rzesza też nie wieczna!”

5 stycznia 1940 roku Osa miała za zadanie obserwację ruchu pojazdów wojskowych na trasie Lublin – Zamość. Pomagali jej w tym „Inżynierek” i „Andrzej”. 6 stycznia o godzinie 20, rozpoczęła się akcja „Kotwica”, która niestety zakończyła się fiaskiem. Została ponowiona na początku lutego. W nocy,  w śnieżycę i przy mroźnym wietrze, harcerze zarzucali wielką kotwicę na druty telefoniczne i rozrywali je. Pod koniec lutego akcję przeprowadzono kolejny raz, tym razem na szosie warszawskiej. Oddział zniszczył jeszcze sieć na trasie lubartowskiej, niedaleko Elizówki. „Jak widać, chłopaki, „Łosie” mają coraz mocniejsze rogi. Musimy się pilnować, aby ich nam za szybko nie przytarli.” – pochwalił swoją drużynę Lutek.

Gdy nadeszła wiosna, sztab zastanawiał się, jak uczcić święto Trzeciego Maja. Kolejnym wyczynem harcerzy było zrobienie chorągiewek i rozwieszenie ich na pomnikach polskich żołnierzy na cmentarzu przy Lipowej. Zadanie było tym bardziej niebezpieczne, że graniczył on z jednostką niemiecką i obozem jenieckim, a niedaleko, przy ulicy Uniwersyteckiej znajdowała się siedziba gestapo. Akcja mimo wszystko udała się bezproblemowo. Wydrukowali wówczas kolejne ulotki:
„Trzeci Maj święcimy w niewoli,
Narodowe polskie święto –
Przyjdzie kres naszej niedoli!
Przeminie germańskie piętno!”
Gazetki z ulotkami roznosili w Saskim Ogrodzie, na Starym Mieście, na ulicy Szopena i w pobliżu dworca kolejowego.

W grudniu, tuż po świętach Bożego Narodzenia, wszyscy zebrali się, aby wspólnie chodzić po domach i kolędować. Miało to na celu pokrzepienie serc Polaków, niczym „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza. Zbudowali wspaniałą szopkę, w której miejsce znalazł Orzeł Biały. Chodzili od domu do domu i śpiewali: „Bóg się rodzi, moc truchleje. Hitler z Polski wkrótce zwieje! Ogień krzepnie, blask ciemnieje. Trzecia Rzesza już się chwieje. Wzgardzony, okryty chwałą, nieśmiertelny naród Piasta, a słowo ciałem się stało, Orzeł powróci do gniazda.”. W przedstawieniu, zamiast Heroda pojawił się Hitler, uciekający przed diabłami, które wołały: „Hej, Adolfie, za twe zbytki, chodź do piekła, boś ty brzydki!”. Kolędnicy odwiedzili również swojego byłego drużynowego, Zygmunta Dysia. Mieszkał on wówczas ze swoją żoną, Bolą, a ich dom był ostoją dla uciekinierów z Majdanka, ze względu na to, że znajdował się tuż obok obozu. Gdy wracali do domów spotkali pijanych żołnierzy Wehrmachtu, którzy ich pobili.

W rocznicę akcji „Kotwica” ogłosili alarm „Słupy – słupy”. Na tej samej drodze (Lublin – Piaski), łamali i podcinali piłą słupy telegraficzne. Zostali przyłapani przez Niemców. Zaczęli uciekać do pobliskiego lasu, niedaleko Świdnika. Jeden z nich – „Adek” został postrzelony. Chłopcom jednak udało się go uratować. Brat Lulka rzucił w stronę Niemców granat. Właśnie wtedy, po raz pierwszy, użyli broni do walki z okupantem. Akcję tę nazwali „Golgotą”.

W końcu przyszedł czas na sabotaż kolejowy. Drużyna zorganizowała akcję pod nazwą „Tory”. Plan polegał na zmuszaniu pociągów z niemieckim zaopatrzeniem, które były wysyłane na wschód, do zatrzymywania się pod semaforem, a następnie blokowaniu kół wagonów przez opuszczenie klocków hamulcowych. Pierwsza akcja miała miejsce na Tatarach. Następnie rozszerzyli swoją działalność na teren Świdnika i Rudnika. Później rozpoczęła się wojna niemiecko – radziecka. Do Lublina zwożono pierwszych jeńców radzieckich. Chłopcy chcieli im pomagać, jednak było to niemożliwe. Ich zadanie ograniczało się do podrzucania im kromek chleba i kartofli w łupinach do transportów. Na platformach wagonów przewożone były samochody ze sprzętem wojskowym. Sabotażyści zaczęli zrywać kliny blokujące koła tych samochodów, przecinać druty mocujące oraz niszczyć instalacje i urządzenia spod maski.

Pewnego dnia, obserwując zachowanie Niemców wobec więźniów Majdanka, stwierdzili że najwyższy czas rozszerzyć działalność organizacji. Rozpoczęli rozbrajanie Niemców. Ze względu na to, że nie chcieli zabijać, podchodzili do delikwenta z bronią w ręku, zabierali mu uzbrojenie, a następnie kazali uciekać. Dochodziło też do bijatyk z Hitler Jugend oraz volksdeutschami.

Na Lipowej istniał obóz pracy. Chłopcy zorganizowali akcję przerzutu broni dla więźniów. Plan był ryzykowny, ale nie mogli magazynować broni, która mogła być użyta do walki o życie. Więźniom z Majdanka udało się przemycić kilka kromek chleba, w miejsce ich pracy poza obozem.

Przyjaciel Lutka, jego prawa ręka – „Adek” dostał się do organizacji bojowej i wyjechał na wschód, na front. Nigdy więcej się nie zobaczyli. Lutek wylądował na gestapo. Katowali go i wypytywali o dowódcę, jednak w końcu przewieźli go do szpitala i wypuścili. Musiał uciekać, w domu nie mógł nocować. Był ochotnikiem w Wojsku Polskim oraz żołnierzem Szarych Szeregów, 35 PP, 9 DP Podlaskiej AK. Zmarł 18 lipca 2011. Wspomniany wyżej „Andrzej” wrócił po wojnie do Lublina, jako żołnierz powstania warszawskiego. Drużynowy Zygmunt Dyś podczas wojny pracował na kolei, zbierał pieniądze po dworcach i pomagał w konspiracji. Jego brat Tadeusz został zesłany na roboty do Estonii.

„Kochamy nasze miasto, ze wzruszeniem spoglądamy na młodych, jakże innych od nas.” – tak podsumował swoją historię Ludwik Bronisz – Pikało w książce pt. „Pierwsza skrzydlata”. To na niej opiera się powyższy artykuł i to ją polecam wszystkim, którzy chcą zapoznać się z losem lubelskich cichociemnych.

The following two tabs change content below.
Katarzyna Leszczyńska

Katarzyna Leszczyńska

W Coś Nowego: tańczę, śpiewam, recytuję. Po prostu Kasia.