„…nie chcę tylko i wyłącznie opowiadać o piłce nożnej, tylko mam zamiar ją współtworzyć…” – Wywiad z Marcinem Gaborem

539814_578996152155779_2070888118_nGościem mojego wywiadu będzie człowiek, który jest związany z piłką nożną jako trener, a wcześniej był dziennikarzem sportowym.  Z wykształcenia germanista – Marcin Gabor.

Panie trenerze, niech Pan opowie, jakie były pańskie początki kariery trenerskiej?

Pierwszą licencję, licencję instruktora i licencję UEFA B uzyskałem w 2007 roku, a zatem już kilka lat temu. Zdobyłem te uprawnienia w szkole trenerów – wówczas w Warszawie, dziś ta szkoła przeniesiona jest do Białej Podlaskiej. Zanim jednak rozpocząłem pracę w zawodzie trenera, minęły trzy lata, bowiem wówczas zajmowałem się jeszcze dziennikarstwem. Pisałem w gazetach i opowiadałem o piłce w telewizji Sportklub.

Przez wspomniane trzy lata, które minęły od momentu zdobycia pierwszych uprawnień do podjęcia pierwszej pracy, bardzo mocno poprawiłem swój warsztat. Przede wszystkim poprzez bardzo długie i szczegółowe rozmowy na temat taktyki z trenerem Wojciechem Stawowym. Te fachowe spotkania były dla mnie bardzo znaczącymi wydarzeniami w życiu trenerskim, ponieważ to one tak naprawdę zapoczątkowały naszą współpracę.

Rok 2010 był w dużej mierze kluczowy, bo właśnie wtedy zainaugurowałem przygodę z zawodem trenera. Warto wspomnieć, że w 2008 roku założyłem agencję scoutingowo-analityczną – „ScoutingPRO”. Proponowałem klubom profesjonalną pomoc na bazie analiz taktycznych oraz świadczenia usług zewnętrznych w zakresie scoutingu. Tak wyglądał pierwszy krok w kierunku współtworzenia piłki nożnej od środka, jednak moją wielką pasją jest zawód trenera. Stąd dążenie do rozpoczęcia pracy w klubie. Mimo braku doświadczenia w zawodzie szkoleniowca, otrzymałem angaż w Skrze Częstochowa. Tam pełniłem funkcję trenera i dyrektora sportowego.

Cieszę się, bo przez kilka miesięcy bardzo dobrej współpracy z zespołem udało mi się wprowadzić nowy styl i system gry. Oparty na grze kombinacyjnej oraz działaniach ofensywnych. Najważniejsze jest to, że ta współpraca dała mi wiele doświadczeń, pozwoliła zweryfikować pewne zapatrywania na piłkę nożną i na założenia taktyczne.

W tym samym roku, po niecałych trzech miesiącach pracy w Skrze, przyjąłem ofertę współpracy, złożoną przez trenera Stawowego. I tak zostałem drugim trenerem GKS-u Katowice.

No właśnie, już Pan wspomniał o byciu trenerem w Skrze Częstochowa i GKS Katowice. Prowadził Pan jeszcze Cracovię jako drugi trener, gdzie awansowaliście wraz z Wojciechem Stawowym do Ekstraklasy. Który okres pracy w tych klubach był dla Pana najbardziej owocny?

Najmilej wspominam pracę w Cracovii, zwieńczoną awansem do ekstraklasy. Choć sama promocja do najwyższej klasy rozgrywkowej nie jest dla mnie wcale największym sukcesem. Z prostej przyczyny – wynik w pracy trenera traktuję na którymś miejscu z kolei. Najważniejsze jest wypracowanie stylu gry, pokazanie zawodnikom, jak dokładnie mają funkcjonować na boisku. Dzisiaj wziął Pan udział w warsztatach, mógł Pan się zapoznać z tą filozofią piłkarską. Uważam, że jest ona skomplikowana i niełatwa do nauczenia, dlatego jest to wielka satysfakcja, kiedy zespół na boisku gra tak, jak się od niego oczekuje. Kolejne punkty, które są dla mnie ważniejsze niż awans, to stworzenie odpowiedniej atmosfery w zespole, jak również zaufania, chemii pomiędzy drużyną, a trenerami. Powyższe aspekty uznaję za nasze największe osiągnięcia w Cracovii, ale – oczywiście – sam awans też jest bardzo ważnym momentem. W Cracovii byłem również współodpowiedzialny za wdrażanie naszego pilotażowego systemu ujednolicenia sposobu grania w drugiej drużynie Cracovii oraz juniorach starszych.

To wszystko spowodowało, że praca była ciekawa. Ciekawa ze względu na dobrych, inteligentnych piłkarzy. Zresztą, w każdym zespole spotykałem inteligentnych zawodników, ale przede wszystkim dobrych, mądrych i uczciwych ludzi. Jednak każdy ma swoje preferencje, może mówić o pewnego rodzaju takich smaczkach, momentach w swoim życiu czy pracy zawodowej, które uważa za ulubione, najlepsze i ja właśnie ten okres w Cracovii uznaję za najlepszy.

W Cracovii pewnie właśnie dzięki temu, że ludzie byli uczciwi, byli pracowici udało się Wam osiągnąć swój styl.

Tak, nawet ostatnio usłyszałem od jednego z byłych piłkarzy, że nasz awans był w dużej mierze możliwy dzięki temu, że między nami panowała świetna atmosfera, że byliśmy wobec siebie uczciwi i to spowodowało, że nawet w trudnych chwilach nikt nie zwątpił, nikt się od siebie nie odwracał, nie podejrzewał drugiego człowieka o jakieś niecne zamiary. To było jednym z kluczy do awansu.

Celowo pominąłem wcześniej sytuację w Stali Sanok, ponieważ był to bardzo krótki epizod i chciałbym, aby Pan mi opowiedział, co tam się dokładnie stało?

Ja to określam w bardzo krótki i prosty sposób. Dla mnie praca w Sanoku była swoistym dowodem pewnej smutnej hipotezy czy nawet tezy, że w Polsce w wielu miejscach nie dorośliśmy jeszcze do tego, żeby wprowadzać profesjonalną piłkę. Poza nawias wyciągam jednak bardzo pozytywne postaci – zawodników, prezesa klubu, II trenera, z którym współpracowałem.

Prezes Stali Sanok również podał się do dymisji.

Zgadza się, podaliśmy się razem do dymisji. To była wspólna decyzja. Pomimo że umawialiśmy się na dwa-trzy lata spokojnej pracy. W Stali Sanok tak naprawdę wszystko było w powijakach, zaniedbane przez kilkanaście lat. Brakowało etyki treningu, nie było odpowiedniego zaplecza, sprzętu do zajęć. Jestem dumny z tego, że w ciągu trzech i pół tygodnia, podczas których pracowałem z drużyną, udało mi się wprowadzić totalnie zmienioną mentalność drużyny w kontekście treningów, podejścia do zawodu, szeroko rozumianego profesjonalizmu.

Mógłbym długo wymieniać, jak w trzy tygodnie wprowadzaliśmy z prezesem profesjonalizm do klubu, czyli wszystkie udogodnienia dla piłkarzy, odpowiednie treningi, poukładaliśmy kwestie odżywiania, sprzętu treningowego, uświadamiania zawodników, ale przede wszystkim wprowadzałem nowoczesny styl gry. Zespół czynił bardzo szybkie postępy. Dla mnie zupełnie nieistotne były wyniki, dla mnie ważne było to, żeby ten proces cały czas postępował i żeby po miesiącach…

…wyniki przyszłyby same z czasem

Dokładnie, bo to jest najważniejsze. Cierpliwość. Zespół, który wcześniej nie grał w piłkę, tylko – mówiąc kolokwialnie – przez lata wybijał ją do przodu, nie może w ciągu miesiąca nagle przeobrazić się w zespół z europejskiej czołówki. To oczywiście nie jest wina chłopaków, że zastałem tak wiele potwornych zaległości, bo ktoś ich w pewien sposób tego nauczył, czy wymagał tego od nich. Osobiście wspominam piłkarzy w samych superlatywach. Bardzo mocno zaangażowani, chłonni wiedzy, z entuzjazmem. Jednak nie da się nauczyć pisać lewą ręką w ciągu trzech tygodni, jeśli całe życie pisaliśmy prawą.

Dlatego po tych trzech tygodniach profesjonalnej pracy i ogromnych postępów odnośnie gry, ale i odbudowy klubu, stwierdziłem, że zachowania części kibiców wobec piłkarzy, prezesa i mnie są nieadekwatne do wkładu pracy, jaki w to wszystko włożyliśmy. Wynikały z braku kultury, ale i rozumienia piłki. A ja wyznaję zasadę, że skoro ja nikogo nie obrażam, to nie pozwolę i siebie obrażać. Poza tym uważam, że profesjonalizm, jaki wprowadzaliśmy, należy doceniać i chcę pracować tam, gdzie to wszystko będzie zauważane i doceniane.

Był Pan też swego czasu w Niemczech. Jakie Pan dostrzegł różnice pomiędzy polską piłką, a niemiecką? Na pewno są i jest ich masa, ale chodzi mi o takie najważniejsze.

Uważam, że podstawowym czynnikiem, który nas różni, jest sposób postrzegania piłki. W Niemczech bardziej detaliczny, skupiony na szczegółach, bardziej analityczny. Jest to postrzeganie futbolu przez pryzmat wielu drobnych niuansów. W Polsce, niestety, traktujemy piłkę nożną często na zasadzie dyscypliny indywidualnej, upraszczając ją niepotrzebnie, nie rozważając kluczowych aspektów i m.in. przez to jesteśmy tak daleko w tyle za cywilizowaną, piłkarską Europą.

Uważam, że w Niemczech przeciętna świadomość trenera, piłkarza jest też zdecydowanie wyższa w kontekście rozumienia tych niuansów. To wpływa na sposób trenowania, prowadzenia zajęć oraz – jeśli mowa o piłkarzach – uczestniczenia w tych zajęciach. Wszystko przekłada się w prostej linii na grę, bo im lepiej trenujesz, im lepiej rozumiesz piłkę nożną, tym lepiej pokazujesz to na boisku.

To są główne różnice. Chociaż, co bardzo mnie cieszy, w Polsce mamy coraz więcej młodych trenerów, którzy nie tylko wykazują wielką ambicję, ale i mogą pochwalić się ogromną wiedzą. Mam nadzieję, że ci trenerzy będą na pierwszym miejscu stawiali właśnie pojęcia, które są najistotniejsze dla mnie, czyli taktykę, strategię i organizację gry, a wtedy poczynimy bardzo szybki postęp.

I między innymi dlatego założył Pan pierwszą w Polsce agencję scoutingową. Czy ten pomysł zdążył zakorzenić się w polskiej piłce, czy miał Pan problem z dotarciem do polskich klubów?

Na wstępie dodam, że działalność agencji ScoutingPRO została zawieszona w 2011 roku ze względu na niemożność pogodzenia jej z pracą trenerską. W trakcie praktycznie trzech lat funkcjonowania główny problem polegał na braku świadomości w polskich klubach. Współpracowałem też z klubami zagranicznymi i w innym krajach ludzie posiadają większą świadomość potrzeby korzystania z podobnych dobrodziejstw. U nas trudno przekonać osoby odpowiedzialne w klubach, że potrzebują pomocy w postaci analizy taktycznej, wyszukiwania systemowego zawodników, obserwowania tych zawodników, sporządzania raportów.

Próbowałem przekonać włodarzy klubów, aby starali się nieco zmienić podejście, pozwolić sobie pomóc i sprofesjonalizować swoje działania. Uważam jednak ten czas za bardzo owocny. Pomogliśmy kilku klubom, obserwowaliśmy zawodników na zlecenie, wykonywaliśmy analizy. Pomogliśmy także piłkarzom, których wcześniej oglądaliśmy w akcji –  polecaliśmy ich na testy do klubów różnych klas rozgrywkowych. To było bardzo ważne dla mnie doświadczenie, z którego nie chciałbym zrezygnować i uważam, że przez te trzy lata zrobiliśmy naprawdę bardzo dużo, aby rozwinąć agencję.

Wspominał Pan też nazwisko Wojciecha Stawowego. Jak dużo Pan jemu zawdzięcza i jakie są w tej chwili relacje między Wami?

Ciągle bardzo dobre. Można powiedzieć, że wręcz przyjacielskie. Trenerowi Stawowemu zawsze będę wdzięczny za to, co dla mnie zrobił. Mogłem się od niego wiele nauczyć, ale też wprowadził mnie w świat zawodowej piłki nożnej i zawsze będę to podkreślał. W tym momencie, przynajmniej na tę chwilę, nasze drogi zawodowe się rozeszły, bo tak też byliśmy umówieni. Mam ambicję pracy w roli pierwszego trenera. Wprawdzie bardzo się cieszę z tego czasu, kiedy pełniłem funkcję drugiego szkoleniowca, jednak nadszedł taki czas w życiu, gdy chciałem przejść na samodzielną ścieżkę trenerską.

Cały czas trzymam kciuki za Cracovię, bo jest tam też wciąż moja cząstka. Uważam, że dołożyłem cegiełkę do tego, żeby ta drużyna się rozwinęła, bo byliśmy tam razem od początku. Pracowaliśmy wspólnie cały rok i mam dużą satysfakcję, że nasz pomysł na grę, co dla wielu było herezją, okazał się bardzo skuteczny. O czym my byliśmy przekonani od pierwszego dnia.

Gdyby Pan miał wymienić najważniejsze cechy dobrego trenera, to jakie to by były cechy?

Trudne pytanie. Postaram się sprostać. Myślę, że powinienem się nad tym dłużej zastanowić. Najważniejsza cecha dobrego trenera to odpowiednia wiedza. Druga cecha to systematyka, trzecią jest cierpliwość, a czwartą zdolność do odseparowania się od części rzeczywistości. Mam na myśli różne próby wpływów, jakieś negatywne naciski. Jeśli trener jest w stanie zawsze i do końca podejmować suwerenne decyzje, to wtedy jest silnym szkoleniowcem, z mocnym kręgosłupem. Każdy może popełnić błąd, ale niech to będzie błąd własny.

Najważniejsza dla mnie jest wiedza i zgłębianie tej wiedzy, ale też ciągła analiza, chęć dokształcania się. Stagnacja – jak wiadomo – jest krokiem wstecz.

Kiedy mniej więcej jest planowany powrót Marcina Gabora na ławkę trenerską?

Kilka tygodni temu taki wstępny plan zakładał, że od 1 stycznia. Pojawiły się pewne zapytania, ale jedne nie były konkretne, a w innych przypadkach nie dochodziło do porozumienia. Teraz zakładam, że prawdopodobnie wrócę od czerwca, na spokojnie. W najbliższym półroczu mam nadzieję zdobyć licencję UEFA A, która pozwoli mi też pracować jako pierwszy trener w II lidze. Moim celem końcowym jest samodzielna praca w Ekstraklasie, więc wszystko wymaga swojej kolejności i dużej dozy cierpliwości. Ja jestem cierpliwy i uważam, że każdy cel trzeba realizować krok po kroku.

Jesteśmy świeżo po Pańskich warsztatach. Jakby Pan ocenił te warsztaty, zwłaszcza jeśli chodzi o uczestników? Czy dyskusje były na wysokim poziomie, a uczestnicy wydawali się być zainteresowani Pańskim pomysłem na piłkę?

Może niezręcznie jest oceniać, bo to jest kwestia indywidualna, natomiast mam już pewne doświadczenie w prowadzeniu warsztatów. Za nami V edycja, a VI spotkanie. Na każdych warsztatach uczestnicy są mocno zainteresowani, cały czas wykazują aktywność, starają się dyskutować, rozmawiać, zadawać pytania. Bo to jest najważniejsze, czyli zadawanie odpowiednich pytań i kwestionowanie własnych zapatrywań. Dzisiaj także widziałem wielkie zainteresowanie uczestników. Ten nawał materiału, nowości, może na początku przerażać, ponieważ proponuję rzeczywiście sporo nowych aspektów. Stąd też bywają uczestnicy, którzy biorą udział w szkoleniu po raz drugi.

Cieszę się z tego, że pojawiły się dyskusje, pytania. To oznacza, że faktycznie zainteresowanie jest żywe. W takich okolicznościach mogę zasiać pewnego rodzaju ziarno w ludziach, ponieważ na tym mi zależy, aby warsztaty skłoniły przynajmniej część uczestników do refleksji. Nie każdy musi przejąć moje spojrzenie, ale ważne, by się nad nim zastanowić.

Wróćmy teraz do Pana jako dziennikarza sportowego. Pracował Pan m.in nad stroną internetową Canal+, w Sportklubie komentując mecze ligi niemieckiej i był Pan zapraszany jako ekspert do nSport oraz Polsatu News. Gdzie Panu się najlepiej pracowało?

Z największym rozrzewnieniem wspominam czasy Sportklubu. Nie tylko dlatego, że spełniłem swoje dziecięce marzenie pod tytułem: „komentowanie Bundesligi”. Futbol niemiecki to moja specjalizacja. Mimo że zdarzało się zajmować także innymi rozgrywkami, to najbardziej szczycę się właśnie Bundesligą – skomentowałem kilkaset spotkań. Ale mój sentyment do tego okresu łączy się też ze świetnymi ludźmi, których poznałem w tej stacji, z którymi pracowałem. Do dziś z wieloma utrzymuję bliskie kontakty.

To jest ten czas, który wspominam w dziennikarstwie najmilej, bo też tam najmocniej się realizowałem. Niewiele osób wie lub pamięta, że na początku funkcjonowania Sportklubu w Polsce komentowaliśmy mecze dla Polaków z Budapesztu. Sportklub jest częścią węgierskiego koncernu RTL, a jako że polski oddział nie miał na początku kabin komentatorskich,  to lecieliśmy na kilka, kilkanaście dni do Budapesztu. To ciekawe doświadczenie. Siedzieliśmy w „dziupli” (kabina komentatorska) na Węgrzech, komentowaliśmy mecze, a nasz głos docierał do polskich domów.

Kiedy marzenie komentowania ligi niemieckiej przerodziło się w marzenie zostania trenerem piłkarskim?

Myślę, że to był proces. To tak, jak nauczanie taktyki. Niczego się nie da nauczyć w trybie przyspieszonym. Już jako dziecko spoglądałem zawsze w kierunku trenerów. Kiedy zacząłem pracować jako dziennikarz, dość szybko zdałem sobie sprawę, że nie chcę tylko i wyłącznie opowiadać o piłce, lecz mam zamiar ją współtworzyć, mieć na nią wpływ. Jako dziennikarz nie mam na nią wpływu bezpośredniego, mogę w jakiś sposób komentować wydarzenia, opisywać je i analizować. Ale nie mogę bezpośrednio oddziaływać.

Mnie to nie wystarczało. Miałem założenie, żeby faktycznie na to wpływać, a nie ma lepszej drogi niż oglądanie drużyny na boisku, którą się samemu przygotowuje.

Jakie są w tej chwili marzenia Marcina Gabora?

Celem sportowym jest samodzielna praca w ekstraklasie, marzeniem – praca, jako pierwszy trener w Bundeslidze. Zawsze podkreślam, że od marzeń się zaczyna i wierzę w to, że moje się spełni. Czy tak będzie? Tego nigdy nie wiem, ale dopóki nie spróbuję, nie przekonam się i nie będę znał odpowiedzi. Jestem wielkim fanem Bundesligi. Gdyby któregoś dnia udało mi się zasiąść na ławce trenerskiej, to myślę, że nie powiedziałbym, iż jestem człowiekiem spełnionym, bo wtedy bym sobie tę poprzeczkę jeszcze przesunął. Wtedy bym pewnie powiedział, że chcę zdobyć mistrzostwo Bundesligi, bo nie można nigdy osiąść na laurach. W przeciwnym razie byłby to mój koniec w zawodzie trenera.

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia życzę Panu spełnienia tych marzeń i dziękuję bardzo za odpowiedzi na moje pytania. Dziękuje bardzo.

Dziękuję również, miło było porozmawiać.

Wywiad z dnia 14.12.2013 r.

The following two tabs change content below.
Dawid Małek
Miejscem, w którym przyszedłem na świat było miasto Radom a mieszkam w maleńkiej miejscowości o nazwie Grabowska Wola. Lubię wiele dziedzin sportowych, ale kocham tylko piłkę nożną. Lubię robić wszystko, co jest związane z footballem: grać na boisku, na komputerze, oglądać mecze no i.... opisywać piękno tego sportu. Interesuje się również historią, trochę motoryzacją i geografią. Nie jestem na 100% przekonany, czy zostanę dziennikarzem, jednak w podjęciu decyzji i zweryfikowaniu moich predyspozycji może pomóc praktyka w takich miejscach, jak gazeta studencka "COŚ Nowego".