Jedna twarz Greya

źródło: tumblr.com
źródło: tumblr.com

Historia stworzona przez E.L. James zdobyła rzesze fanów oraz drugie tyle wrogów. Ścieranie się tak różnych opinii nadało tej książce więcej kontrowersji, niż sama fabuła, która odbiega od opowiastek dla grzecznych dziewczynek.  Wbrew osobom wyznającym opinię, że Pięćdziesiąt twarzy Greya to „ścierwo dla kur domowych”, książka stała się światowym bestsellerem, kobiety niezależnie od wieku i wykształcenia rozkochały się w historii Anastasii, a sama ekranizacja była jednym z najdłużej wyczekiwanych filmów tego roku i pobiła rekord otwarcia zarówno w USA jak i w Polsce.

Po ukazaniu się książki, na jej autorce nie pozostawiono suchej nitki. Krytycy jednak nie zastanowili się nad tym, że może kobietom, które zniewolone przez pracę, dzieci, karierę, nie mającym dla siebie czasu, potrzebna jest lekka, być może nawet naiwna historia, żeby po prostu oderwać się od rzeczywistości. Czy E.L. James popełniła profanację tworząc Pięćdziesiąt twarzy Greya? Nie… Czy mimo swojego ubogiego warsztatu pisarskiego stworzyła konkurencję dla książek wpływowych autorów? Tak… Miliony kobiet na całym świecie zwariowały na punkcie tytułowego Christiana, polecając sobie nawzajem książkę. Jej sprzedaż uzyskała wyższy poziom niż klasyk J.K. Rowling Harry Potter. Większość pisarzy marzy o takiej popularności. Amatorce James się to udało. Jakim cudem? Może właśnie takim, że dużo czytelniczek próbowało utożsamić się z Anastasią. Może też dlatego, że książka była napisana prostym językiem, który miał na celu zrelaksować czytelnika i dać mu łatwość zrozumienia. Może w końcu dlatego, że wiele z nas od dziecka marzy o tym, żeby zostać Kopciuszkiem, a Pięćdziesiąt twarzy Greya to jego uwspółcześniona wersja, z dodatkiem pieprzu.

Nie o książce tu jednak mowa. Historia Greya doczekała się swojej ekranizacji. Czy słusznie? Zacznę może od podsumowania… Film Pięćdziesiąt twarzy Greya nie wnosi niczego nowego, co miałoby ubogacić książkę, a mógłby… Wydaje mi się więc, że trochę za dużo szumu o nic, a fanki zamiast wydawać pieniądze na bilety, spokojnie mogą poczekać i obejrzeć go w domu. Pozwólcie, że wyjaśnię…

Pozwólcie też, że wyprowadzę Was z błędu, w który pewnie wprowadziłam Was, wysnuwając takie, a nie inne wnioski. W ogólnej ocenie film mi się podobał. Jest prosty w odbiorze, przyjemny w oglądaniu. Nie mogę nazwać go jednak dobrym filmem, podobnie jak takim mianem nie określiłabym książki. Robiąc to, mogłabym okazać się kompletnym laikiem w kwestii wybitnej kinematografii i literatury. Coś co jest potrzebne i przyjemne bowiem, nie zawsze stoi na półce z czymś, co ma wysoką jakość i kunszt artystyczny. Nie mogę jednak zgodzić się z nazywaniem książki lub filmu „pornolem”. Osobom, które tak twierdzą mogę jedynie współczuć, sami wiecie dlaczego.

źródło: melty.pl
źródło: melty.pl

Pięćdziesiąt twarzy Greya to film, który można włożyć do szuflady z napisem: „romanse w hollywoodzkim stylu”. Naiwna szara myszka, Anastasia przez przypadek poznaje Christiana Greya – milionera, prezesa wielkiej korporacji. Młody, przystojny i bogaty mężczyzna rozkochuje ją w sobie, po czym ujawnia swoją mroczną naturę. W międzyczasie obsypuje ją słodkimi słówkami, zabiera na wyprawy prywatnym śmigłowcem i obdarowuje drogimi prezentami. Takie tam przyjemnostki, które każda z nas lubi obejrzeć dla rozluźnienia. W międzyczasie pojawiają się sceny erotyczne (których w filmie ponoć jest AŻ 19 minut!), które nie powaliły mnie i spokojnie w ich czasie można podjadać popcorn, pić colę i te wszystkie inne czynności, które wykonuje się w multipleksach. Ogólne wrażenie – film jest przyjemny, lekki w odbiorze, można się na nim rozmarzyć.

Zabrakło mi wielu rzeczy. Przede wszystkim płytki scenariusz. Nigdy nie tworzyłam filmu, ale o wiele lepiej oglądałoby się go, gdyby w jakikolwiek sposób pokazana była psychika głównego bohatera. Nie mogliśmy tego wyczytać w książce, ale film jest po to, żeby ją uzupełnić, a nie jeszcze bardziej stłamsić. Jamie Dornan, który zagrał Christiana, był przeźroczysty. Zamiast ukazać pięćdziesiąt twarzy Greya, pokazał jedną – bez mimiki, zero emocji. Ta sama twarz w firmie, ta sama, gdy martwi się o Anę, ta sama, gdy ją traci i gdy ją rozbiera (hello???). Dakota Johnson wypadła lepiej. Młoda aktorka, choć pokazała naprawdę dużo, nie była skrępowana na ekranie. W filmie razem z nią grało całe ciało, a przede wszystkim twarz, na której (poza makijażem) można było wyczytać miłość, zawstydzenie oraz szczęście, czy ból. Między aktorami zabrakło chemii, która niestety była istotnym elementem w tym filmie. I choć Johnson ze wszystkich sił próbowała coś z tym zrobić, do tanga trzeba dwojga jak to powiadają.

źródło: eska.pl
źródło: eska.pl

W książce pojawiało się kilka istotnych pojęć, które były przez bohaterów nadużywane, a które nie zostały zastosowane w filmie. Były one zapewne zbyt istotne w stosunku do całości, żeby wpleść je w wypowiedziach bohaterów. A szkoda…

Na pochwałę zasługują oczywiście zdjęcia. Kadry były przyjemne, niektóre bardzo malownicze. Płynne przejścia sprawiały, że łatwiej oglądało się film. Bardzo dobrze dobrano do nich muzykę. Ścieżka dźwiękowa była wspaniała, każda piosenka została przemyślana i dopasowana. Chyba właśnie to najbardziej wpłynęło na mój pozytywny odbiór całości.

Moje przemyślenia na temat Pięćdziesięciu twarzy Greya mogą zdać się chaotyczne. Ciężko byłoby mi się jednak wypowiedzieć inaczej, skoro sama do końca nie wiem, co myśleć na temat filmu. Podobał mi się tak po prostu, nie zważając na opinie innych. O książce mam swoje zdanie i cieszę się, że powstała. I zdziwię Was – nie jestem kurą domową z trójką dzieci, tylko studentką dziennikarstwa, która nie ma marzeń sadomasochistycznych i lubi też zagłębić się w książkę z wyższej półki.

The following two tabs change content below.
Katarzyna Leszczyńska

Katarzyna Leszczyńska

W Coś Nowego: tańczę, śpiewam, recytuję. Po prostu Kasia.