Halucynacje prosto z dancingu

Kiedy jakiś czas temu obejrzałam Kac Wawę, stwierdziłam, że nie da się nagrać nic gorszego. Wczoraj przekonałam się jednak o prawdziwości powiedzenia „nigdy nie mów nigdy”. Stało się to za sprawą filmu „Córki dancingu”.

Tę produkcję chciałam zobaczyć już od dłuższego czasu. Bardzo dobra obsada, interesująca tematyka, a do tego musical (które uwielbiam). Byłam bardzo ciekawa polskiego filmu muzycznego. Jedynie tytuł nie przykuwał mojej uwagi i mógł mi dać do myślenia – „Córki dancingu” zalatuje straszną tandetą. No ale to też da się wytłumaczyć, w końcu mamy do czynienia z latami osiemdziesiątymi – dekadą kiczu no i właśnie dancingów.

I tak nadeszła scena pierwsza. Ciemna noc, syreni śpiew, wizje (narkotyczne?)… O zgrozo, co tu się wyrabia, coraz szerzej otwierałam oczy ze zdumienia. Nadal jednak twierdziłam, że nie można przecież całego filmu ocenić po pierwszej scenie. Wszystko da się wytłumaczyć. Ale następne sceny były tylko gorsze. Wyobraźcie sobie musical – lata osiemdziesiąte, na dancingu królują syreny (prawdziwe!), a to wszystko okraszone jest nieumiejętnym śpiewem. Nawet głos Kingi Preis wypada słabo.

Po obejrzeniu zwiastuna spodziewałam się, że nie będzie to kino wysokich lotów. Myślałam, że będzie to coś w stylu „Bejbi blues”. Film Katarzyny Rosłaniec, w całej swojej przeciętności, okazał się jednak o wiele lepszy od „Córek dancingu”. Przynajmniej dało się cokolwiek z niego wyciągnąć. Tu, poza szeroko pojętym artyzmem, nie ma nic. Myślę nawet, że scenarzysta (Robert Bolesto) próbował stworzyć coś na poziomie Witkacego (najprawdopodobniej z tymi samymi wspomagaczami), lecz zatrzymał się już gdzieś na parterze.

Nie pomagają efekty świetlne. Efekty dźwiękowe już na pewno nie. A same gwiazdy nie wyciągną z tego filmu przeciętności. Z bólem serca patrzyłam na udającą policjantkę-lesbijkę Katarzynę Herman, karmiącą syreny piersią Kingę Preis, czy wyginającą się w rytm muzyki i udającą lekarza Magdalenę Cielecką. A i zapomniałabym o Zbigniewie Buczkowskim lewitującym wokół śpiewającej syreny. Te wcielenia idealnie oddają cały absurdalny charakter produkcji, która powstała chyba tylko i wyłącznie dlatego, żeby dwie młode aktorki mogły rozebrać się przed kamerą (bo robiły to prawie co pięć minut).

Opis filmu (źródło filmweb.pl): Warszawa, lata 80. Dwie nastolatki rzucają się w wir imprez i koncertów. Warszawa, może i tak, bo niby jest Wisła i Galeria Sezam. Lata 80 – tu bym polemizowała, bo rzucają się w oczy współczesne budynki. Zabrakło też klimatu lat 80., dancingowego, przepełnionego dymem i cienkim szkłem. A te dwie nastolatki, którymi są wyimaginowane syreny, to po prostu jakiś żart. I choćbym chciała doszukać się drugiego dna w tym filmie, żeby uratować moją opinię o nim – po prostu się nie da. Coś co miało być sztuką okazało się po prostu kiczem.

The following two tabs change content below.
Katarzyna Leszczyńska

Katarzyna Leszczyńska

W Coś Nowego: tańczę, śpiewam, recytuję. Po prostu Kasia.