Gruzja, Georgia, Sakartvelo

  Wspominając Gruzję – krainę piwem i czaczą płynącą, ogarnia mnie tęsknota za nieziemską gruzińską kuchnią; za smakiem i zapachem kolendry, którą mój chłopak, niecierpiący wszelkiej zieleniny, prześmiewczo nazywał pietruszką. Mimo iż widok pęku ziół często przyprawia go o mdłości, nieświadomy faktu, że kolendra nadaje smaku większości gruzińskich dań, ze smakiem wyjadał farsz z ichniejszych rodzimych pierożków – khinkali, z niemniejszą radością oddawał się konsumpcji lokalnych zup-gulaszy, a przede wszystkim kebabów. Tęsknię także za pieczywem. Jakże lekkim i chrupkim, ręcznie robionym chlebie przyklejanym do ścianek wnętrza glinianego pieca. Niebo w gębie!

                        Stojąc w korku na skrzyżowaniu dróg Narutowicza-Muzyczna, spoglądam przez zabrudzone okno autobusu nr 14, obserwując ulicę. Opadające z tynku stare kamienice, tłum goniących niewiadomo gdzie przechodniów, słota i szarość. Zatapiając się w odgłosach drażniąco burczącego autobusu, myślami znów powracam do Gruzji. Do dźwięków ulic miast, zatłoczonych i zakorkowanych. Do szumu, przez który wyraźnie przebijają się klaksony. Klaksony używane są przez Gruzinów cały czas, częściej niż kierunkowskaz. Klaksony, za pomocą których rozwiązywane zostają wszelkie drogowe konflikty. Klaksony wyrażające mnogość ludzkich ekspresji: od radości wynikającej z pozdrowienia lub podziękowania, strachu wyrażanego poprzez ciągłe ostrzeganie, po wściekłość i irytację, uzewnętrznioną poprzez kilkakrotne, mocne, przeciągające się naciśnięcie.  Na ulicach Gruzji, co odczuć można zwłaszcza w Tbilisi, panuje zamęt. Odnoszę nieodparte wrażenie, że tylko miejscowi są w stanie ogarnąć ten chaos. Dla nas, Europejczyków, nieustannie dążących do wszelakich uporządkowań, gruzińskie ulice pozostaną abstrakcją, rodzącą pewien rodzaj zdziwienia, a nawet zachwytu nad tym, jak w ów chaosie doskonale można się odnaleźć.

                        Wyjeżdżając z miast, częstotliwość używanych klaksonów naturalnie zmniejsza się, natomiast o nerwy przyprawić może stan dróg. Dróg, których często-gęsto po prostu nie ma. Gruzińska nazwa kraju to Sakartvelo. I choć jestem absolutnie oczarowana brzmieniem tego słowa i uwielbiam go używać, jego polska wersja dużo lepiej opisuje stan, przynajmniej techniczny, tej krainy.

                        Dla turysty z Europy, wycieczka po Gruzji oznacza wynajęcie terenowego pojazdu, przy czym najlepiej sprawdza się japoński van – Mitsubishi Delica, występujący na drogach tak nagminnie, iż w regionie Tuszetia znane jest powiedzenie „Jest Bóg na niebie i Delica na ziemi”. Poszukujący wyzwań pokusić się mogą o skorzystanie z miejscowych busów – marszrutek. Stukilometrowa droga prowadząca do pięknych szlaków w górach trwać może od 4 godzin korzystając z terenówki, od 6 – marszrutki. Niezależnie od tego, jaki środek transportu wybierzecie, miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę z pewnością nie będzie zadowolone.

                        Krajobraz, jaki oferuje nam Gruzja wprowadza w niekończący się stan zachwytu. Pozwalam sobie na powtórną ekscytację, wracając do wspomnień. Zapierających dech widoków gór. Uczucia porannej suchości w ustach po uprzednim wypiciu z chłopakiem “jednego piwka” (piwo sprzedawane jest w 2,5 litrowych butelkach). Obrzydliwego smaku czaczy (odpowiednik polskiego bimbru), który to trunek mieliśmy nie raz i nie dwa okazję spożywać wraz z Gruzinami. Każdy kieliszek poprzedzał toast wznoszony za kogo tylko się dało i do kogo tylko się dało. Jednak to, co najgłębiej wyryte w pamięci to twarze. Nierzadko pomarszczone i strudzone. Twarze pełne ciepła i życzliwości.

The following two tabs change content below.
Avatar

Dominika Tworek

Czarny humor. Biała rasa. Chaos poszukujący porządku.