Dynia vs. znicz

1401477.3
źródło: mmtrojmiasto.pl

Maski, dynie, różdżki i kostiumy. Jeszcze dziesięć lat temu tylko wybrańcy wiedzieliby, czego chcą przebrane za potwory i czarownice dzieci, pukające ostatniego wieczora października do ich drzwi. Nieliczni również wiedzieliby, o co chodzi zamaskowanym i ucharakteryzowanym ludziom, udającym się na wspólne zabawy i imprezy. Po co w ogóle cała ta promenada stworów i dziwolągów? Dziś nikogo to już nie dziwi. Może bulwersuje, zniesmacza, odpycha. Zdaje się, że Halloween staje się w Polsce tradycją. Tylko, czy zdajemy sobie sprawę, po co nam ta tradycja i skąd się wzięła?

„Święto Świecącej Dyni” ma swoje korzenie w obrzędach celtyckich. Doprecyzowując, wywodzi się z celtyckiego święta Samhain, czasu przygotowywania zapasów i szykowania się na nadejście zimy. W przeddzień Samhain obchodzono natomiast święto zmarłych – Fleadh nan Mairbh. Według ówczesnych wierzeń, był to moment zetknięcia się dwóch światów: rzeczywistego i pozaziemskiego. Tak jak i Halloween nawiązuje do przejścia z życia do śmierci. Rodowód samej nazwy wziął się od All Hallows Eve, czyli wigilii Dnia Wszystkich Świętych.

Współcześnie 31 października kojarzy się z zabawą, przebierańcami, imprezami utrzymanymi w klimacie śmierci, trupów, zakrwawionych zombie i szczerbatych wydrążonych dyń z zapaloną świeczką w środku. A propos Bogu ducha winnych, pękatych warzyw… Ich właściwa nazwa to Jack-o-‚lantern. Upamiętnia ona legendarnego chciwca i skąpca, Jacka, który za swoje bogactwa, miał zaprzedać duszę diabłu. Zdołał jednak przechytrzyć swojego „kontrahenta” i uwięziwszy go, skazał swoją duszę na wieczną pośmiertną tułaczkę po świecie. Jego karą okazał się brak możliwości przejścia czy to do nieba, czy do piekła. Według podania, miał on przemierzać świat właśnie z latarnią. Zatem, podczas kiedy ludzie wycinają w dyniach swoje ulubione kształty, symbole, straszne czy wręcz uśmiechnięte buźki, biedny Jack łapie się pewnie za głowę, bo nie sądzę, by jemu było w zaistniałych okolicznościach do śmiechu…

Pumpkins1

Dopóki Halloween byłoby postrzegane i traktowane jako święto o pewnym wymiarze duchowym, a obchodziliby je ludzie zdeklarowani jako wyznawcy wierzeń celtyckich i tym podobnych, jakkolwiek trzymałoby się to jeszcze kupy. Nic do rzeczy nie ma tu moje subiektywne zdanie, że niesie to za sobą szereg duchowych zagrożeń. Kto dzisiaj zastanawia się nad podobnymi kwestiami? Jednak jestem w stanie zrozumieć, że ktoś chce kultywować tradycję, zwyczaj, obrządek, który jest dla niego czymś ważnym. Trudno mi zrozumieć, jak łatwo ludzie zaadoptowali ważną niegdyś w danym kręgu kulturowym uroczystość, do wymiaru zabawy, imprezy i co najważniejsze – świetnie prosperującego biznesu.

Trudno mi wyobrazić sobie, żebym za kilkadziesiąt lat 24 grudnia przebrał się, powiedzmy, za pastuszka albo bardziej hardkorowo, za „bydlątko przy żłobie”, i poszedł na jedną z wielu opcjonalnych klubowych imprez w stylu Xmas Eve, pukając po drodze do drzwi sąsiadów i witając ich słowami: „Opłatek albo psikus!” Oczywiście, że wszelkie możliwe święta są coraz bardziej sprowadzane do poziomu czysto komercyjnego, jednak wciąż przez gros ludzi są one ważnymi wydarzeniami, chociażby ze względu na rodzinne spotkania i wspólne spędzanie szczególnego czasu.

W przypadku Halloween, nie wydaje mi się, aby ktokolwiek postrzegał ten dzień przez pryzmat wspólnego świętowania. Jest to kolejny w ciągu roku pretekst do imprezy tematycznej, do zabawy, do picia alkoholu w masce potworka, do zbierania cukierków w pelerynie wampirka. Może coś mi się miesza, ale jeśli kiedyś ten dzień był osnuty jakkolwiek interpretowaną duchowością, to sam fakt, że ludzie o niej zapomnieli, nie sprawił, że się ona zdezaktualizowała. Po prostu dajemy jej teraz wyraz nieświadomie, w ferworze świetnej zabawy, a to, że pozwolę sobie na małe powtórzenie się, może nieść za sobą mniejsze, czy większe zagrożenia.

Co ciekawe, bez żadnego problemu halloweenowskie „obyczaje” z ogromną chęcią i łatwością przyswoili sobie najmłodsi. I jeśli nawet nie spowoduje to w ich świadomości jakiegoś spustoszenia, czy długotrwałych zmian, to warto pamiętać, że okres dzieciństwa ma ogromny wpływ na ogólny rozwój człowieka. W tym czasie intensywnie kształtują się cechy jego osobowości i przekonania, które mogą się w świadomości dziecka utrwalić na długie lata. Psychologia rozwojowa podpowiada, że czas wychowania wczesnoszkolnego (a więc bardzo podatnego na przechwytywanie od rówieśników rozmaitych mód, np. na zabawę w Halloween) to czas, w którym mocno formuje się estetyczny gust dzieci. Można przypuszczać (podejrzewam, że z całkiem sporym prawdopodobieństwem trafności), jakie walory estetyczne utrwali sobie chłopczyk, czy dziewczynka, którzy dorastali, uważając za świetne zabawki maski zombie, czy lalki w klimacie Monster High itd. Z drugiej strony, w niektórych, zwłaszcza szczególnie wrażliwych dzieciach, klimat otoczki śmierci, umierania, potworów, krwi i makabry, może wywoływać strach i powodować różnego rodzaju lęki. Nie należy też zapominać, że dziecko, przebierając się w dany kostium, za konkretną postać, przykładowo za okrwawioną zjawę, silniej niż dorosły identyfikuje się z ową postacią. Bardziej wczuwa się w rolę niż osoba o wyższym stopniu dojrzałości. Warto byłoby chyba zadbać, aby najmłodsi otrzymywali nieco bardziej pozytywne wzorce, z którymi mogliby się identyfikować, niż trupy, czaszki, zjawy lub dynie…

Co na to dorośli? Pokolenie wchodzące w dorosłość w obecnym czasie coraz częściej również korzysta ze świetnej okazji, aby 31 października zrobić sobie bal trupo-przebierańców. Należy przy tym pamiętać, że dziecko uczy się poprzez tzw. modelowanie, a więc obserwację i naśladowanie dorosłych. Obchodząc, w tym przypadku, Halloween, uczymy je kultywowania swego rodzaju tradycji. Co najciekawsze, sami często nie sięgamy do rodowodu tegoż święta, ale przekazujemy je młodszym pokoleniom w zastanej przez nas formie (czyli w formie kolejnego świetnego fantu, wyciągniętego z worka, opatrzonego napisem „niezacofany i oświecony Zachód”). Niech jakimkolwiek dowodem będzie wpis zamieszczony na facebookowej tablicy Gabinetu Logopedycznego „Kolargol”. Pytanie w „Sondzie Kolargola”, skierowane do dzieci w wieku szkolnym brzmiało: „Jakie święta będą w ten weekend?”. Przykładowe odpowiedzi były następujące: „Halloween”, „Te z dynią”, „Te z prezentami. Zamówiłem sobie LEGO”. Nie brzmi to dobrze…

Czy istnieje jakaś alternatywa, aby odciągnąć uwagę dzieci od tak atrakcyjnego przedsięwzięcia jak mroczne, na swój sposób barwne, tajemnicze, magiczne i zabawne Halloween? Z pewnością trudno byłoby przekonać o tym najmłodszych, którzy mają na siebie nawzajem bardzo silny wpływ. Przecież nie będę gorszy, skoro moi koledzy i koleżanki zbierają dziś cukierki w  maskach i pelerynach, prawda? Aby zmieniać postawę wobec podobnych inicjatyw, trzeba by, zdaje się, od lat najmłodszych przekazywać dzieciom właściwe wzorce, postawy, zachowania. Kontekst konkretnie przełomu października i listopada sprzyja uświadamianiu innych tradycji. Naszych, znanych, wiadomego pochodzenia i wartych pamięci. To przecież czas wspominania naszych bliskich, którzy opuścili doczesną rzeczywistość. Czas pamiętania o świętych, dobrych ludziach, którzy zostawili po sobie niejeden ślad tutaj, na ziemi. To chyba warto byłoby uświadamiać i przekazywać najmłodszym. Należy robić to przede wszystkim własnym przykładem, ale też rozmawiać, tłumaczyć, że nie wszystko, co oferuje główny nurt, jest dobre, odpowiednie i należy to bezrefleksyjnie brać garściami. Tak jak dzieci biorą wspomniane słodycze w zabawie „Cukierek albo psikus”. Abstrahując od rzeczywistości, przychodzi mi na myśl wariacja na jej temat, której dokonał Kabaret NOŁ NEJM, przedstawiając możliwą adaptację owego zwyczaju do kultury polskiej. Hasłem przewodnim tej zmodyfikowanej wersji, miałoby być „Portfel albo wpie*dol”. Może w pewnym sensie ta zabawa pociągnęłaby mniej znaczące konsekwencje. Choćby ze względu na to, że zastanowilibyśmy się co najmniej dwa razy, czy chcemy ją wcielić w życie na masową skalę.

Ciekawą alternatywę wymyślili też prezbiterzy jednej z parafii. I to, chciałoby się rzec, podwójnie zaściankowej. Nie dość, że katolickiej, to jeszcze wiejskiej. Wiem, że podałem argumenty wystarczające, aby ominąć ten akapit na samym jego początku, jednak może co wytrwalsi przebrną i przez tych kilka zdań, nie ponosząc uszczerbku na ciele i umyśle. Otóż, nie wspominając ani słowem, że miałaby to być jakakolwiek forma sabotażu Halloween i w ogóle nie artykułując tejże nazwy, owa parafia ogłosiła, że po prostu 31 października Anno Domini 2014, dzieciaki z okolicznych wsi będą mogły przebrać się za wybranych przez siebie świętych katolickich i opowiedzieć kilka słów o swoich patronach. Wszystko ma odbyć się w klimatycznej barokowej kaplicy, znajdującej się wśród ruin, na terenie zespołu pałacowo-parkowego w Zawieprzycach. Na pewno podobna inicjatywa jest zaledwie lokalną kroplą w oceanie globalnego trendu, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano.

Tam przynajmniej można będzie dowiedzieć się od najmłodszych czegokolwiek na temat prawdziwych świętych, a nie tych, którym hołduje cały przemysł związany z Halloween, a więc świętemu dolarowi, świętemu euro i coraz bardziej świętemu złotemu.

The following two tabs change content below.

Jan Brzeziński

Ostatnie wpisy Jan Brzeziński (zobacz wszystkie)