„Cisza jest dla mnie ważna w spektaklu… Jest to uczta” – prof. Leszek Mądzik

IMG_0526Prof. Leszek Mądzik – scenograf, reżyser, dyrektor teatru, twórca ,,Sceny Plastycznej KUL”. Żałuję, że poznałam tego człowieka tak późno, ale jak mawiał klasyk: ,,lepiej późno niż wcale”. Dziś zostanie mu przyznany, tym razem przez papieża, Krzyż Zasługi Pro Ecclesia et Pontific. Jak mówi sam nagrodzony: „ten rodzaj wyróżnienia (…) przekracza wszystko, co było dotychczas”. Profesor Leszek Mądzik zgodził się przybliżyć nam swoją postać.

Asia Łukasiewicz: Jak się profesor czuje? Pogoda za oknem taka, jak widać, a tu jeszcze trzeba poprowadzić zajęcia, zaciekawić studentów.

Prof. Leszek Mądzik: Ja myślę, że gdyby to tylko uzależniać od samej pogody, to byłby nieraz kłopot, bo ta pogoda nie daje nam takiego komfortu zawsze, żeby było tak optymistycznie, jak patrzy się w niebieskie czyste niebo, prawda? Ale coś w tym jest, że atmosfera i aura i to, co się dzieje za oknem, gdzieś nas już od rana tak modeluje i psychicznie nastawia. Albo się bardziej zamykamy, albo jesteśmy otwarci. Przyroda rzeczywiście ma silny wpływ na to, co się z nami dzieje, ale życie idzie też swoim torem, nie bierze pod uwagę naszych kaprysów, także musimy sobie z tym radzić. Pani się zdziwi, ale taka pogoda jak jest teraz, zawsze odkrywa we mnie takie pokłady, które gdzieś są bliskie mi i ja się nimi też inspiruję.

A.Ł.: Powracając do dzieciństwa: jest taki moment, który Pan pamięta, który ściśle przełożył się na Pana twórczość?

Prof.: Dotknęła Pani czegoś bardzo ważnego, bo prowadząc liczne warsztaty i w Lublinie, w Polsce, czy poza granicami, zawsze w tych warsztatach dotykam czasu dzieciństwa. Jest taka prawidłowość wydaje mi się, że im nam ubywa lat i czas płynie, tym bardziej gdzieś cofamy się myślami do tego, co było bardzo wcześnie, a właśnie w dzieciństwie najbardziej. Myślę, że to jest taka pora życia i wieku, w którym niewiele rzeczy rozumiemy, a strasznie je przeżywamy. Dochodzą do głosu emocje, uczucia, a nie jakiś racjonalizm, nie rozsądek, nie jakaś wiedza, czy coś co nabywamy gdzieś potem. I myślę, że ta pora wieku, która strasznie w nas jakoś tak zostaje, modeluje naszą przyszłość, nasz charakter, nasze zachowania, nasze kompleksy, nasze nawet czasami dewiacje. Jakieś takie stany, które potem są w nas, ale które urodziły się w bardzo wczesnej porze, bo to dzieciństwo bywa różne i ma swoje apogea. W moim wypadku rzeczywiście ten element dzieciństwa nie był bez znaczenia. Nawet było to powodem powstania takiego filmu. Przywołałem pewien fakt, jedno wydarzenie, ale rozłożone w czasie. Otóż mieszkałem w domu, z którego okien miałem regularnie pejzaże, a właściwie orszaki pogrzebowe. I raz się tak zdarzyło, że ten dom był między szpitalem, a cmentarzem – oczywiście odległość była duża – kiedyś był taki zwyczaj, teraz jest to już bardzo anonimowe, że były karawany, to było całe pożegnanie, które miało bardzo taki teatralny, widokowy pejzaż i to dotyczyło tego co się widzi, ale i dźwięku. Była orkiestra żałobna, też te rytmiczne koła na kocich łbach, cały ten dźwięk sprzyjał temu i był taki pejzaż. Jest takie miasto – Kielce, gdzie ja tam sobie kiedyś, bardzo dawno bo ponad 65 lat temu, w takim pejzażu mieszkałem i paradoks może polega na tym, że ten pejzaż nie wywoływał we mnie jakiegoś niepokojącego lęku, bo wydawało mi się to czymś oczywistym, może też dlatego, że nie wiedziałem, że może być inaczej. Jedyną taką ucieczką i wejściem w inny świat, też w porze dzieciństwa, były moje wakacje, gdzie znalazłem się w pejzażu wsi, łąk, lasów, wody i to była zupełnie inna, na innym biegunie forma odczucia. Ale te dwa pejzaże, ten bardziej egzystencjalny – szary – tych murów i tego kolorytu, plus na drugim biegunie ta witalność przyrody gdzieś mi chyba najsilniej zostały.

zar2
źródło: www.e-teatr.pl

A.Ł.: I właśnie w swoich spektaklach silnie oddziałuje Pan na psychikę człowieka poruszając temat egzystencjalny, upływ czasu, o których właśnie Pan wspomniał. Dlaczego  taka forma i dlaczego pozbawiona słów?

Prof.:  Myślę, że forma rodzi się w trakcie. To nie jest tak, że jednego dnia posługuję się takim językiem sztuki, jakim jest teatr. To gdzieś dojrzewało, wyzwalało się i pochodziło z różnych płaszczyzn. Ja na początku uprawiałem malarstwo i gdzieś to malarstwo przeszło później w sferę takiego malarstwa żywego, czyli malarstwa malowanego w czasie. Ta forma teatru, którą uprawiam pod terminem „scena plastyczna KUL-u”, daje właśnie takie czytanie malarstwa, obrazu, ale rozłożonego gdzieś w czasie. Ja rzeczywiście taki obraz przed widzem maluję. Dlaczego on jest bez słów? Może ma to związek z tym, o czym mówiłem na początku, że jest taka pora naszego życia, że więcej przeżywamy niż rozumiemy i ja także, mimo wielu refleksji i spostrzeżeń, bardzo silnie zaufałem tej sferze emocji, uczuciom, czemuś co jest sferą duchową bardziej niż racjonalną. I myślę, że ta sfera najsilniej się ujawnia kiedy my milczymy, kiedy się nie odzywamy. Bo jesteśmy skazani tylko na to, co jest przedsłowne, przedwerbalne. I taki kontakt z widzem, który zbudowany jest na płaszczyźnie właśnie tego emocjonalnego przeżywania przez obraz, ale też i przez muzykę, bo integralną częścią tego teatru, który robię, jest specjalnie pisana muzyka. I przez ten czas miałem okazję współpracować z najwybitniejszymi polskimi kompozytorami, jak: Tomasz Stańko, Urszula Dudziak, czy Jacek Ostaszewski, Przemek Gintrowski i najczęściej współpracowałem z laureatem Oscara – Janem Kaczmarkiem, który pisał mi jeszcze w latach 80 muzykę do spektakli.

A.Ł.: Mówił Pan, że noc jest swego rodzaju bezpieczeństwem i takim wejrzeniem w głąb siebie, na ile jest to możliwe? Bo noc może niektórym kojarzyć się z pewnym ryzykiem, zagrożeniem.

Prof.:  Ale te same osoby mogą powiedzieć, że mogą się bezpiecznie czuć i wyzwolić pewne myśli, swoje uczucia, kiedy nic ich obok nie atakuje, nie są skazani na inne obrazy a przez to, że są w jakimś wyłączeniu, w jakiejś ciemności, dziwnej nocy, mogą się skupić na tych przeżyciach, które gdzieś ich dotykają. To dotyczy, tak sfery duchowej, sakralnej, jak i nawet sfery erogennej. Gdzieś ten świat po prostu daje pewien komfort, że jesteśmy wyciszeni  i odizolowani od reszty świata i jakby skazani tylko na siebie, czyli mamy taką możność intymności. Oczywiście nie zabiorę komuś innych odczuć i lęku przed tą śmiercią, ale ja rzeczywiście powiedziałem, że noc nie jest dla mnie nocą złoczyńców.

A.Ł.: Wracając do sceny plastycznej KUL. Kiedy patrzy Pan z perspektywy doświadczenia i upływu czasu – jak to jest być założycielem i jak dużo się zmieniło nie tylko pod względem technicznym?

Prof.: To jest paradoks, bo najmniej się zmieniło pod względem technicznym, a to dlatego, że coraz bardziej wierzę, że w ubogich środkach wyrazu, bardzo oszczędnych, skromnych i bardzo prostych, jest większa szansa mówienia o pewnych archetypach, o pewnych stanach, które są egzystencjalnie podstawowe. Ja mam nawet  takie obawy, że dzisiejsza technika, ta możliwość, która dotyczy także i świateł, troszkę nas oddala od istoty. Fascynujemy się dekoracyjnością, estetyką, jakimś ozdobnikiem, a nie sensu stricte tym, co jest istotą. Dlatego zawsze teatr ubogi, oszczędny mnie interesował i był dla mnie skrajnym przykładem, który przeżyłem, gdy obejrzałem spektakl Jerzego Grotowskiego „Apocalypsis  cum figuris”. Wydało mi się, że ten spektakl najbardziej lapidarnie dotknął człowieka – jego tajemnicy. I tego samego chciałbym dotknąć i tym samym językiem się posługiwać w sensie odczuć, a nie formy, bo forma tu będzie wizualna, plastyczna. Poszerzając Pani myśl, wydaje mi się, że dzisiaj jest inaczej w odbiorze widza. Może dlatego, że jest on dzisiaj skazany na wiele dziwnych wabików, takich pokus. On jest zdobywany obrazami w każdym momencie i przebudzenia się i zobaczenia, kto mi przysłał jakiś mms, czy od włączenia telewizora, czy potem wyjścia na ulicę, zobaczenia bilbordu i jeszcze potem jakaś presja wiadomości ze świata. Dostajemy gotowe recepty, dzisiaj jest taki trend, którym chce się odbiorcę wyręczyć z myślenia i dać mu gotowy produkt: tu masz gotową propozycję, nie musisz rozważać, jak być pięknym, młodym i wiecznym..

źródło: www.zachod.pl
źródło: www.zachod.pl

A.Ł.: A przepis na udany spektakl to?

Prof.: Przepis – to zabrzmiałoby tak niebezpiecznie, bo to trzeba by było zrobić jakieś kalkulacje wagowe (delikatny śmiech), ale pewien sposób, metoda, czy jakaś nadzieja. Ja myślę, że trzeba być wobec widza szczerym, nie udawać kim się nie jest, bo często się idzie komuś na rękę, a na pewno jak stworzę taki obraz, to przez to łatwiej tego widza zdobędę i wyręczam go z wielu rzeczy. Po prostu jest coś takiego, że chcemy się spodobać. Czasami jest to dobre – w przypadku kobiet jest to nie bez znaczenia, ale w sztuce byłbym z tym ostrożny. Jeżeli taki kierunek prowadzimy, by tego widza zdobyć, to dla mnie byłoby ważne, w jaki sposób do niego dotrzeć, czyli stworzyć sytuację, w której on sam cały czas byłby uwodzony. Chciałbym, żeby cały czas on podążał za mną w myśleniu, żeby on wytrącił te wszystkie problemy, z jakimi przyszedł do teatru, bo po drodze jest masa różnych spraw, kłopotów takich codziennych. A ja bym chciał go wprowadzić w świat, który dotykałby tajemnicy, może coś, co by powiedziało nam o nas samych więcej niż o takiej prozaiczności, materialności, czy zachwycaniu się światem, który nas chce właśnie tak omamić, zdobyć. Ale cisza jest dla mnie ważna w spektaklu, ona jest czymś takim, że chcemy w niej przebywać. Potem w finale spektaklu, jak chce się w nią widz zanurzyć, nie ma odwagi wyjścia z tej przestrzeni, chciałby jeszcze pobyć, to to jest to – uczta.

A.Ł.: Ze swoją twórczością gości Pan w różnych zakątkach świata. Czy publiczność wszędzie jest taka sama?

Prof.: Chyba tak, poza takimi niuansami. Kiedyś powiedziałem, że wszędzie człowiek płacze, czuje, że deszcz pada, i że jest mu zimno, więc jakby odwołując się do tych archetypów, takich podstawowych egzystencjalnych rzeczy, powiem szczerze, że i jak w Peru grałem i w Japonii, czy w Egipcie dotykaliśmy takich podstawowych warstw, które chyba mamy wszyscy, tylko trzeba je wyzwolić – wydobyć.

A.Ł.: Co z tych wyjazdów najbardziej Panu zapadło w pamięć?

Prof.: Pewnie ich było szereg, ale np. ja pamiętam spektakl w Toyamie w Japonii, kiedy cisza po spektaklu już prawie sięgała czasu samego spektaklu. I to mnie z jednej strony aż przeraziło, ale w tym dobrym znaczeniu, że właśnie taki paraliż nastąpił. Rzeczywiście jest coś w tym, że może to wygląda tak kokieteryjnie, że jak mówię, że jak są brawa, to coś do końca nie wyszło, nie udało się. Chodzi o to, by nawet u widza zgubić ten gest wdzięczności poprzez brawa, tylko żeby on nie miał nawet odwagi i potrzeby dawania tych braw. Tylko żeby czuł, że jest w tej przestrzeni i wystarczy.

źródło: www.teatralia.com.pl
źródło: www.teatralia.com.pl

A.Ł.: Dostaje Pan liczne nagrody i odznaczenia, ,,najświeższa” zdobyta to Krzyż Zasługi Pro Ecclesia et Pontific. Co się wtedy czuje?

Prof.: To jest rzeczywiście coś wyjątkowego. Gdzieś po drodze zdarzało mi się szereg takich odznaczeń i od prezydenta i innych osób, które szanuję, ale ten rodzaj nagrody, wyróżnienia, czy to medalu, czy orderu – przekracza wszystko, co było dotychczas. Jest jakimś odwróceniem i skupieniem się nie tylko na samej sztuce, tylko na jakby także tym, co powoduje tworzenie tej sztuki, czyli tematach. Takiej we mnie tęsknoty za uratowaniem człowieka, za zauważeniem jego kłopotów, cierpienia, tego tak obecnego w każdym spektaklu tematu, jakim jest czas i że to się zdarzyło i myślę, że jeszcze długo będę rozważał istotę i sensowność tego faktu, bo jest to coś, co jest dla mnie wielką niespodzianką.

A.Ł.: Czuje się Pan człowiekiem spełnionym?

Prof.: To niebezpiecznie zabrzmiało, bo dlaczego ja robię teatr? Bo cały czas mam wrażenie, że jeszcze sobie zostawiłem, albo mam parę rzeczy, z którymi nie mogę sobie dać rady, nie mogę sobie na nie odpowiedzieć, ale przeczuwam, że gdzieś jest ich wielki kapitał i wartość i za nimi zdążam, ale czasami ten horyzont mi się oddala i może z tego powodu nie ma tego spełnienia. Kiedyś powiedziałem, że jak odpowiem sobie na wiele pytań i się odnajdę w nich i będę wiedział, to pewnie nie będę miał potrzeby robienia tego teatru. Zawsze ten niezauważalny czasami niepokój, niewiadoma, to po prostu jest szalenie inspirujące i nie pozwoli sobie na ten komfort, jakim jest spełnienie się.

A.Ł.: Jeśli miałby Pan zobrazować świat współczesny trzema kolorami, to jakie by to były i dlaczego?

Prof.: Z tą barwą jest u mnie różnie. Już przywoływaliśmy tę fascynację czernią, ale to jest dziwne i trudno jest mi to tak przełożyć, bo byłoby to niebezpieczne i  mam wrażenie, że banalne wyrazić świat kolorem. Kiedyś fascynowałem się tylko jedną porą roku. Dla mnie ta jesień, te żółcie, ta patyna, to wszystko, co idzie z wilgotnością. Przeczuwałem, że to jest najbardziej bliskie temu, co robię w teatrze, ale odkrywam w sobie tę fascynację witalnością zieleni wiosny i tego pejzażu. Co nie przeszkadza, że lubię zderzenie złota z czernią.

A.Ł.: Kiedy ma Pan czas dla siebie, gdzie nie musi Pan gonić, niczym się nie martwić, to co Pan wtedy robi?

Prof.: Ja wbrew pozorom mam taki czas i się w nim bardzo dobrze czuję i się w nim nie nudzę. Choć właściwie nigdy nie potrafiłem rozdzielić swojego życia na pracę zawodową i życie prywatne. To się wszystko plącze. Mam wrażenie, że cały czas jest jakaś potrzeba tworzenia, bycia z ludźmi, dzielenia się z tym, ale są takie czasy i ja takie mam i taką porę i takie miejsce. Chociażby niedaleko Lublina, na pojezierzu łęczyńsko – włodawskim jest przestrzeń łąk, lasów i tam mam taki dom, taki widok z okna, który mi jest bardzo potrzebny i czuję się w nim cudownie i on mi chyba pomaga w tym, co robię i daje mi też ten komfort odpoczynku, relaksu.

A.Ł.: Co według Pana jest mianem artysty?

Prof.: Parę elementów naturalnie. Gdzieś musi być dar Boży, jakaś łaska. Nazywają to talentem, trzeba mieć tę możliwość. Nie każdy może, chociażby chciał, np. grać na fortepianie, ktoś nie potrafi, a ktoś cudownie gra. Trzeba dostrzec w sobie, że taki dar się dostało. I jeżeli ma się już tego świadomość, że jest coś takiego, że ktoś to nawet odbiera, przeżywa, to wtedy już jest wielka odpowiedzialność, żeby się nie oszczędzać, bo to zobowiązuje, więc musi być praca, trzeba przeczuć ten dar, że się go ma. Duża odpowiedzialność musi być w szczerości, o której już mówiliśmy i myślę, że z takich elementów, jak: zdolności, praca i potrzeby spotkania z drugim człowiekiem i przeczuwania tej pozorności, dlaczego istniejemy na tym padole, czy to jest przypadek, czy to jest absurd, czy może jest to jakaś mądrość. Ja przeczuwam wielką siłę i prawdę i mądrość i kieruję ją w kierunku sacrum.

A.Ł.: Patrząc na to, co dzisiaj się dzieje chociażby w fotografii i nawiązując do tego, co Pan powiedział przed chwilą, to czy takim artystą może być każdy, czy wystarczy tylko narzędzie?

Prof.: Teraz jest trudniej, ale to jest taki test na to, bo dzisiaj mamy taki sprzęt, że możemy w ciągu godziny zrobić 300, czy 500 zdjęć i może to jedno będzie dobre i sami będziemy zdziwieni. Kiedyś było więcej czasu na skupienie i zastanowienie się nad tym, co mam zrobić. Mam wrażenie, że dzisiaj jest taki ogólny trend i potrzeba, by po pierwsze za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę. Co zrobić, jaki obrać sposób, by ktoś mnie dostrzegł? Powinien być temat, problem, a potem on urodzi to, że ktoś nas dostrzeże, a teraz najpierw się zastanawiamy, jak to zrobić, a potem co.

A.Ł: Jak zdefiniuje Pan słowo ,,pasja”, czym ona jest dla Pana osobiście?

Prof.: (chwila ciszy) Potrzeba istnienia, odwaga, fascynacja. Powiedziałbym, że jest to terapia. Jakaś zdolność, która da szansę, że nie jestem sam z tym co czuję, co mnie boli, cieszy, że jest potrzeba spotkania. I ta pasja musi być do końca prawdziwa i spalać się. W sztuce się nie można oszczędzać, nie można mieć dystansu, nie można powiedzieć sobie, że 2 godziny się tylko tym zajmuję, a potem to istnieje w innym wymiarze. Pasja rozkłada się w każdym momencie, by do czegoś w finale doprowadzić i jakby wyrzucić to z siebie.

źródło: www.kul.pl
źródło: www.kul.pl

AŁ: A tak abstrahując od tematu sztuki. Niedługo święta, co Pan najbardziej w nich lubi?

Prof.: Lubię, że jestem z rodziną, że jesteśmy wszyscy. Na ten moment, przy takim wirze pracy, też potrzebuję takiego cudownego ciepła, świętowania i tego wydarzenia i tych Świąt, myślę że nie odkrywam nic innego. W tym momencie jest taka wyjątkowa atmosfera, klimat spotkań, bycia razem. To podświadomie się wyzwala .

A.Ł.: Dziękuję za rozmowę!

The following two tabs change content below.

Joanna Łukasiewicz

.