Chora służba zdrowia

weblog.infopraca.pl
weblog.infopraca.pl

Dawno temu, choć historia jeszcze koła nie zatoczyła, newsem też nie jest, pozamykano nam przychodnie, bo przecież lekarze się nie potrafili z panem ministrem porozumieć. W ten oto sposób ludzie mogą się leczyć teraz w przychodniach, które nie zostały zamknięte lub prywatnych (jeśli oczywiście taką jednostkę na to stać). W moim mieście został jeden ośrodek zdrowia na około 40 tysięcy mieszkańców. Dołączmy do tego fakt, że jest to miejscowość „starzejąca się” i wszelkie lecznice okupowane są przez emerytów, którzy czekają każdego dnia na receptę.

Dzień po zamknięciu przychodni, ludzie biegali po mieście jak w amoku. Nikt nie wiedział, gdzie się udać w przypadku wysokiej temperatury, czy wystawienia recepty. Każdy zamknięty ośrodek zdrowia miał przekierowywać swoich pacjentów do miejsca, w którym powinni otrzymać pomoc. Na mojej przychodni zawisła nawet kartka przed wejściem, na której napisany był numer do NFZu. No to dzwonimy… A tam błędne koło: numer wewnętrzny, proszę czekać itp. Oczywiście na koszt dzwoniącego. To się babcie-emerytki ucieszą. Rozsądnym rozwiązaniem wydaje się udanie na pogotowie – tam w końcu powinni udzielić pomocy. Na miejscu istny chaos – ludzie siedzą w poczekalni, z różnymi schorzeniami, lekarze przyjmują tylko w nagłych przypadkach. Z receptami nie ma łatwo. W jedynej otwartej przychodni w mieście nic zrobić nie mogą, bo nie mają historii leczenia. Fajnie, tylko skąd mam ją wziąć, skoro moja przychodnia jest zamknięta? A co jeśli potrzebuję recepty na lek, który ratuje moje życie? Nic ich to zapewne nie obchodzi, w końcu trzeba dopełnić formalności.

Gdy ludzie się uspokoili, zamęt zmalał, a czasu trochę minęło, wydawałoby się, że wszystko powinno zacząć działać. Nic bardziej mylnego. Ostatnio obolała i z wysoką temperaturą, słaniając się na nogach, udałam się do przychodni, by uzyskać jakąkolwiek pomoc, mającą na celu postawienie mnie na nogi. Wchodzę, a tam pacjenci, można by rzec „od Sasa do Lasa”. Emeryci, matki z dziećmi (zdrowymi i chorymi), ludzie po pracy prawie zasypiający już w poczekalni. I w tym wszystkim ja, zastanawiająca się, ile jeszcze minut będzie mi dane spędzić pośród tego chaosu i czy przypadkiem wystarczy mi na to życia. No to zaczynamy przedstawienie. Najpierw epilog: będąc w dobrej sytuacji (ponieważ temperatury dostałam już w nocy), próbowałam się rano zarejestrować i gdy udało mi się dodzwonić, okazało się, że numerki zostały już wyczerpane na cały tydzień. lekarzNie pozostaje więc nic innego, jak wpaść z gorączką do przychodni i czekać, może lekarz zgodzi się przyjąć chorego. Pani doktor się zgodziła, no to czekam… I czekam… I czekam… I końca nie widać… W międzyczasie, udając zainteresowanie, słucham babci staruszeczki, która mi opowiada najświeższe plotki o lekarzach. Czuję się, jakbym czytała Super Express Medical Edition. Coraz bardziej zrezygnowana, odliczam powoli czas do zamknięcia przychodni, zastanawiając się, czy uda mi się do tego czasu z niej wyjść. W międzyczasie wciąż przychodzą ludzie „z numerkami”, a wśród nich przeważają emeryci po recepty, ktoś z urazem nogi i małe, wrzeszczące dzieciaczki, które wpadły się zaszczepić. Wśród tego chaosu wciąż ja i jeszcze jedna Pani, które jako jedyne jesteśmy naprawdę chore i ledwo żyjemy w tej poczekalni. W pewnym momencie zjawia się Pan, który całkiem odbiera mi wiarę w ludzkość i mówi w recepcji, że on miał dwa numerki, ponieważ nie wiedział, na którą godzinę uda mu się przyjść po RECEPTĘ. Czuję, że zaraz zacznę gryźć, kopać, wiercić dziurę w ścianie (dajcie mi wiertarkę!). Uspokajam się, mając siostrę u boku, która ewidentnie jest coraz bardziej zirytowana zaistniałą sytuacją, ale wciąż stara się podtrzymywać rozmowę z wyżej wspomnianą babcią staruszeczką. Poczekalniane plotki przynoszą w końcu rezultaty i starsza pani, w obawie przed zarazkami, postanawia wpuścić mnie i drugą chorą panią przed siebie w kolejkę, w celu ulżenia nam w cierpieniu. Przekonuje do tego też pozostałych oczekujących (choć miny mieli nietęgie), przywracając mi zarazem, wcześniej utraconą, wiarę w ludzkość. Trzeba przyznać, że siłę perswazji to ona miała perfekcyjną.

Bez przedstawienia Wam tego obrazu, nie sposób byłoby mi ukazać, co myślę na temat naszej służby zdrowia. To, jak się traktuje chorych, jest po prostu kpiną. Nie wspomnę już o ciężkich chorobach, np. nowotwory. Ludzie, którzy zmagają się z niektórymi odmianami raka, nie mogą liczyć nawet na leczenie w Polsce. Małe dzieci są skazywane na śmierć, dorośli nie mają refundacji do leków, podtrzymujących ich życie. Paradoksalnie, oni nie mówią, że nie chcą żyć w tym kraju, oni chcą żyć w ogóle. Brak pracy, brak możliwości leczenia i wiele innych rzeczy, na które narzekamy, ale wciąż te same świnie przy korycie. Co jeszcze musi się stać, żebyśmy przestali kierować się poczuciem humoru podczas wyborów?

The following two tabs change content below.
Katarzyna Leszczyńska

Katarzyna Leszczyńska

W Coś Nowego: tańczę, śpiewam, recytuję. Po prostu Kasia.