W Boże Ciało nie idę na piwo

źródło: Facebook
źródło: Facebook

Dzisiejsza Uroczystość dobitnie pokazuje, jak niekonsekwentni są Polacy. Szczególnie ci, którzy usta mają pełne frazesów o „zagrożonej demokracji” a sami leją na nią gorącym moczem. Patrząc na ich rozpaczliwe próby wyśmiania „katotalibanu” aż dziw bierze, że na poważnie traktują swoje akcje.

Weźmy przykład pierwszy z rzędu. Uroczystość Ciała i Krwi Pańskiej, zwana inaczej Bożym Ciałem, tudzież (wersja dla lemingów) „tym świętem gdzie dziewczynki sypią kwiatki”, to święto obchodzone rokrocznie przez Kościół w sposób bardzo uroczysty. Wierni budują cztery ołtarze, parafianie wyjmują zakitrane gdzieś po Rezurekcji garnitury i garsonki. Na ulice wyrusza procesja, a w raz z nią tłumy Polaków. Ramię w ramię maszerują rolnicy, biznesmeni, staruszki i przedszkolaki. Biedni i bogaci, gorliwi katolicy i wierzący „od wielkiego dzwonu”.  Boże Ciało to nie tylko jeden z ważniejszych dni w roku. To tradycja. Dla słowiańskiej duszy rzecz święta.

Rzecz jasna podniosły nastrój święta nie wszystkim się udziela. Ateiści, tudzież przeciwnicy tłumnie nawiedzanych eventów, zostają w domach, skacząc po programach telewizyjnych i nerwowo spoglądając w okno, czy procesja właśnie nie przechodzi po ich starannie wypielonym ogródku. Są też tacy, którzy czują palącą potrzebę wyrażenia sprzeciwu wobec katouroczystości. Zapewne część z nich ma jeszcze ochrypnięte gardła po ostatnich manifestacjach KODu, gdzie krzyczeli w obronie demokracji. A może i tam nie chcieli iść, ograniczając się do lajkowania antyrządowych memów, w końcu lenistwo zdusza w zarodku nawet najszlachetniejsze akcje. I tak po raz kolejny zrzeszają się na fejsiku, organizując wydarzenie, które zasługuje na miano „obciachu miesiąca”. A może nawet i roku.

O czym mowa? Na facebooku niemałą popularnością cieszy się wydarzenie o wdzięcznej nazwie „w boże ciało idę na piwo” (pisownia oryginalna), utworzone przez użytkowników „Dres Narodowy” i „Jan Paweł 2: Faceci w sukienkach”. Wydarzenie promowane jest przez popularne swego czasu zdjęcie przedstawiające młodych hipsterów siedzących w barowym ogródku, popijających piwko i otwarcie ignorujących procesję eucharystyczną przechodzącą właśnie za ich plecami. W tle istniejąca jeszcze wówczas tęcza na Placu Zbawiciela. Całości dopełnia opis eventu: „Pokażmy, że nie obchodzą nas konwenanse i wykorzystajmy wolny dzień aby napić się pysznego piwa najlepiej w czasie i pobliżu jakiejś procesji tak aby nas widzieli i dali tym wzrokiem do zrozumienia, że im to sie niepodoba. Tak! Niech nazywają nas bydłem, niech twierdzą, że poganie atakują!”.

Manifest zaiste godny sprawy. Zważywszy na to, że większość procesji odbywa się przed południem, czyli w porze, gdzie grzeczne lemingi zazwyczaj jeszcze słodko śpią w łóżkach, udział w takim „kontrwydarzeniu” jest wart cichego poklasku. W końcu wyjście spod wygodnej pierzynki i udanie się do nagrzanego słońcem ogródka barowego, nawet jeśli czeka tam zimne piwo, to nie lada wysiłek. A gdy jeszcze uda się zebrać kilka pogardliwych spojrzeń od uczestników procesji – satysfakcja gwarantowana.

Ciekawe, ile osób, których „nie obchodzą konwenanse” jest w stanie przemilczeć krytykę pod adresem parad równości i innych akcji organizowanych przez środowiska LGBT czy organizacje lewicowe. Ilu z nich przyklaśnie narodowcom, którzy ruszyli tyłek i wyszli naprzeciw maszerującym gejom i powie „brawo, my też tak robimy!”?

I nie chodzi tu o to, że ludzie biorący udział w takich pożal się Boże akcjach są gorsi od konserwatystów plujących jadem w uczestników marszów środowisk lewicowych. Tutaj idzie o coś większego, czyli szacunek dla demokracji wyrażającej się m.in. w wolności wyznania. W kraju uważanym wciąż za katolicki, chrześcijanie mają prawo do manifestowania swojej wiary. Szczególnie w sposób, który z dziada pradziada jest kultywowany jak Polska długa i szeroka. Jeśli komuś się to nie podoba, może zostać w domu, lub nawet umówić się ze znajomymi na piwo. W miejscu, które zapewni mu komfort i spokój, a nie w środku trasy przechodzącej procesji. Inaczej narazi się na śmieszność. A stąd już najbliżej do upokorzenia. Samego siebie, a nie tych, których się rzekomo wyśmiewa. A chyba nie o to tutaj chodzi?

The following two tabs change content below.
Katarzyna Gurmińska

Katarzyna Gurmińska

Studentka dziennikarstwa, wciąż poszukująca własnej drogi i możliwości rozwoju. Pasjonatka podróżowania, przy okazji licznych tułaczek, zawitała na kontynent Ameryki Południowej, który sprawił, że bezwarunkowo się w nim zakochała i marzy o ponownym spotkaniu z nim. Pomimo odwiedzenia wielu miejsc w Europie i zasmakowania w różnorodnych kulturach twierdzi, że najpiękniejszym miejscem na świecie jest… jej rodzinny Kazimierz Dolny. Uwielbia fotografować, a najlepiej odnajduje się w fotografii reporterskiej. Zakochana w sporcie, w wolnej chwili ogląda mecze piłki nożnej oraz wyścigi kolarskie, a przy sprzyjających warunkach jeździ na rowerze. Interesuje się historią Polski, szczególnie tą sięgającą czasów II wojny światowej.
Katarzyna Gurmińska

Ostatnie wpisy Katarzyna Gurmińska (zobacz wszystkie)