Bohemian Rhapsody, czyli kolejna lukrowana laurka

Już od ponad miesiąca na ekranach polskich kin gości Bohemian Rhapsody – film biograficzny, przedstawiający historię zespołu Queen. Twórcy od początku podkreślali, że będzie on opowiadał o całej grupie, a nie tylko o samym Freddiem Mercurym. Czy faktycznie tak jest?

Jeśli ktoś idąc do kina spodziewał się kolejnej lukrowanej biografii, nie zawiódł się. Tak też było w moim przypadku. Dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam. Obawę budził we mnie jednak aktor obsadzony w roli Freddie’ego Mercury’ego. Jak się okazało – niepotrzebnie. Rami Malek w buty artysty wszedł doskonale. Niemal perfekcyjnie oddał jego charyzmatyczność i energię sceniczną. Na pewno jedni bardziej, drudzy mniej będą w nim widzieć wokalistę, jednak myślę, że do tej roli przyczepić się nie można. Cała obsada została bardzo dobrze dopasowana. Filmowi John Deacon (Joseph Mazzello), Brian May (Gwilym Lee) oraz Roger Taylor (Ben Hardy) jeszcze bardziej przypominają swoje pierwowzory, niż Malek Mercury’ego. W swojej roli świetnie spisała się również Lucy Boynton, grająca postać Mary Austin – wielką miłość Freddie’ego. Film warto zobaczyć choćby dla samej jego końcówki – koncertu Live Aid – która z całą pewnością zostanie zapamiętana przez widzów na długo. W ciągu tych ostatnich minut filmu możemy poczuć się tak, jakbyśmy naprawdę byli na koncercie Queen.

Na niekorzyść produkcji działa płaskie i powierzchowne przedstawienie homoseksualizmu Freddie’ego. Szczególnie w oczy rzuca się scena, kiedy artysta po koncercie rozmawia z Mary przez telefon. Nagle obok niego przechodzi wąsaty mężczyzna. Mercury się za nim ogląda, tamten wchodzi do toalety, drzwi się zamykają, mamy zbliżenie na lekko uśmiechniętą twarz wokalisty… i scena się kończy. To wygląda bardzo tanio. Być może twórcy boją się poruszać ten wątek i przez to pokazują go w dosyć specyficzny i krzywdzący sposób. Kolejną kwestią sporną jest pomieszanie wydarzeń z życia prywatnego gwiazdy. Fani na pewno od razu dostrzegą ten drobny bałagan. Fragment filmu, przedstawiający trasę koncertową zespołu, wzbogacony jest w kiczowate grafiki, które na myśl mogą przywołać serial Hannah Montana i inne tego typu produkcje dla nastolatek.  Warto zastanowić się, czy aby nie za bardzo gryzie się to z królewskim zespołem.

Produkcja jako całość wywołuje pozytywne emocje i odczucia. Spędzenie ponad dwóch godzin z muzyką zespołu robi wrażenie i z całą pewnością oddani fani Queen’u będą usatysfakcjonowani do ostatniej sekundy filmu. Kilka scen naprawdę chwyta za serce, nie brakuje powodów do wzruszeń. Jeśli jesteście fanami Queen i jeszcze nie widzieliście filmu, koniecznie biegnijcie do kin i łapcie ostatnie seanse!

 

 

 

The following two tabs change content below.
Avatar

Dorota Skrzeszewska

Studentka I roku Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Miłośniczka kina i literatury.