ANASTASIA SULINA – trzy dusze

Jest z Derażni, w obwodzie chmielnickim. Od ukochanej matki dzieli ją 500 km. Ambicja i ciekawość pchnęły ją do Polski, kraju jej przodków. Dziś tutaj mieszka i studiuje dziennikarstwo, a nam opowiada jak to się stało, że tutaj trafiła.



Natalia Nigborowicz, Coś Nowego: Ukraina czy Polska?

Anastasia Sulina: Moja rodzina ze strony matki to Polacy, wierzący katolicy – szczególnie babcia – ostatnia osoba wśród nas tak naprawdę mówiąca po polsku. Moja mama już nie ma takiej zdolności, chociaż wszystkie modlitwy odmawia w języku polskim. Niestety w czasach, kiedy się urodziła, nie wolno było wpisywać w dokumentach o urodzeniu dziecka w rubryce „narodowość” czegoś innego, niż „ukraińska”. Mój dziadek długo o to walczył, ale maksimum możliwości, na jakie wówczas pozwolono, to wpisanie narodowości ojca jako Polaka. Ja, już ze świadectwa urodzenia, jeszcze będąc dzieckiem, dowiedziałam się o historii państwa moich przodków i o tym, że mam polskie korzenie. Im dalej, tym bardziej dwoiło się moje pojęcie o Ojczyźnie, ale szczerze mówiąc bardziej utożsamiam się z Ukrainą, bo tutaj się urodziłam i mieszkam. Ale kiedy pyta ktoś mnie o obywatelstwo – mówię: ukraińskie, kiedy zaś o narodowość – polska.

NG: Pamiętasz jakie uczucia towarzyszyły Ci w chwili, gdy dowiedziałaś się o tym, że istnieje Twoja druga ojczyzna?

AS: Pamiętam, że mnie to zdziwiło i na moje pytania: dlaczego nikt nigdy mi tego nie powiedział, oraz czy to prawda, od mamy, wychowanej w czasach komunistycznych, usłyszałam coś w stylu: no tak, ale po co ci to, dziecko? Babcia natomiast przez prawie dwie godziny opowiadała mi o Polsce, pokazując zdjęcia, stare gazety i modlitewniki. Mówiła mi jak wymawiać te dziwne słowa z niemniej dziwnymi znakami. Pomyślałam, że mogę mieć dużo krewnych w samej Polsce, że mogę pojechać i to wszystko zobaczyć. Byłam tak zainteresowana tym wszystkim, że męczyłam rodziców, aby wysłali mnie na kursy polskiego. Mama była do tego raczej sceptycznie nastawiona i traktowała to jako hobby, ale babcia była bardzo szczęśliwa, że znowu mogła usłyszeć od wnuczki od dawna znany już język. Teraz to ja jestem bardzo szczęśliwa, że tutaj jestem.

NG: Skąd babcia znała język polski?

AS: Moja babcia miała ojca Polaka, a mamę Białorusinkę. Będąc bardzo młodą dziewczyną wyszła za mąż za mojego dziadka, który z jakichś przyczyn, niewiadomych dla mnie, ale bardzo ciekawych, wyjechał razem z rodziną z Polski po I wojnie światowej.

NG: Co się stało, że babcia była ostatnim członkiem w rodzinie, który znał język polski? Dlaczego nie chciała uczyć swojej córki, by dalej przekazywać „tradycję”?

AS: W domu mieszkała duża trzypokoleniowa rodzina i było trudno mówić czystą polszczyzną, kiedy w jednym domu mówiono trzema językami, tj. ukraińskim, białoruskim oraz rosyjskim. Częste zmiany kierownictwa na Ukrainie zmuszały do rozmowy z każdym, kto wchodził do domu, innym językiem. Jeżeli chodzi o naukę języka polskiego jako drugiego języka, to nikt nigdy w domu nie zabraniał mówić w tym języku. Moja mama nie posługiwała się tym językiem, nie rozmawiała w nim z przyjaciółmi, ani w szkole, żeby nie postrzegali ją jako wyobcowaną z klasy i tę „inną” (dzieciaki, które miały polski akcent, lub mówili tylko po polsku, nazywano Laszką lub Lachem). Starała się rozmawiać więc po rosyjsku, rzadziej po ukraińsku, a polski pozostawał dla starszych, na święta i przy załatwianiu spraw stricte rodzinnych. Później wyjechała na studia, gdzie nauka w uniwersytetach była tylko w języku rosyjskim, tak więc zmniejszyła się ilość „żywych nośników” języka polskiego w naszej rodzinie.

NG: Dlaczego dziadkowi zależało tak bardzo na uzupełnianiu dokumentów, sama świadomość nie wystarczyła?

AS: Trudno powiedzieć, raczej to była inicjatywa rodziny mojego dziadka, która bardzo ceniła tradycję i przynależność do Polski, a on już posłuchał swoich rodziców. Siostra i brat mojego dziadka byli lekarzami w drugim pokoleniu, kuzyn był prawnikiem i pracował w sądzie rejonowym, natomiast Sylwester, mój dziadek, o ile wiem, zajmował się czymś związanym ze sklepami i przedsiębiorczością, o ile taka była możliwość w 50-60 latach zeszłego stulecia. Poszedł na przekór woli rodziców i ich planom, gdyż miał zostać lekarzem – podobnie było w kwestii ślubu z moją babcią, co stało się powodem rzadkich spotkań i trudnych relacji. Sprawa narodowości dzieci była dobrym powodem do załagodzenia nieporozumień.

NG: Historia Polski także nie jest Ci obojętna?

AS: Uczyłam się historii obu krajów, Polski i Ukrainy. Ale nie jestem radykalna i nie osądzam czynów tych ludzi, którzy walczyli, zabijali, czy byli u władzy w tamtych czasach. Nie mogę osądzać, bo jest to grzech i nikt nie wie, jak zachowałby się w takiej czy innej sytuacji. Szanuję Polaków, Niemców, Rosjan (mój ojciec jest Rosjaninem), Ukraińców i szanuję historię tych krajów. Nikt nie powinien kłócić się pomiędzy sobą tylko dlatego, że nasi przodkowie tak robili. Teraz są inne czasy, inni ludzie i kłótnie tylko przeszkadzają wzajemnemu rozwojowi.

NG: Twój tata jest Rosjaninem. Czy nie uważasz w takim razie, że Rosja to kolejna ojczyzna?

AS: W wieku trzech lat ojciec z rodziną wyjechali z Semipalatinska (miasto na granicy z Kazachstanem i Rosją) do Kamieńca Podolskiego na Ukrainie. Mało wie o swojej ojczyźnie i chyba nie chce pogłębiać tej wiedzy. Raczej uważa siebie bardziej za Ukraińca niż Rosjanina.
Ja nie uważam Rosji za swoją ojczyznę, nie czuję tego, ale chętnie pojechałabym do ojczyzny mojego taty.

NG: Byłaś bardzo młoda, kiedy wyjechałaś z kraju…

AS: Kiedy po gimnazjum pojechałam uczyć się do polskiego liceum, miałam 15 lat. Kończąc szkołę na Ukrainie, złożyłam dokumenty do liceum im. Antoniego Kwiatkowskiego w Bychawie, niedaleko Lublina, gdzie nauka dla cudzoziemców była bezpłatna. Wcześniej kontaktowałam też z innymi liceami w Zamościu, Krakowie i w Lublinie, lecz to byłoby za drogo dla mojej rodziny. Jestem jedynym dzieckiem w rodzinie i oderwanie od domu było niezwykle bolesne tak dla mnie, jak i dla rodziców. Najciężej było przez pierwszy miesiąc, dalej jakoś wzięłam się w garść i po prostu skoncentrowałam na nauce. Pamiętam pierwszy miesiąc: każda rozmowa z mamą na Skype wieczorem kończyła się łzami po obu stronach. Ale rzeczą, która nie pozwoliła mi wtedy rzucić wszystkiego i powrócić na Ukrainę było uświadomienie sobie, że to była moja inicjatywa, by pojechać na rok do Polski, to ja starałam się przekonać rodziców, aby na to pozwolili. To niby była moja wina i moja praca.

NG: Nie zawsze marzyłaś o dziennikarstwie, prawda?

AS: Kiedyś chciałam być lekarzem, w gimnazjum biologia i chemia były moimi ulubionymi przedmiotami. Ale później jakoś przyszło mi do głowy dziennikarstwo, chodziłam z tą myślą około 3 miesięcy i się zdecydowałam. Nie żałuję z tego powodu.

NG: Studiujesz teraz na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdzie również jest wielu studentów z Ukrainy. Czy sprawia to, że nie czujesz się tutaj tak samotna?

AS: Pewnie, że tak. Jakby nie było, jestem blisko Polski przez krew płynącą w żyłach, ale mentalność mam ukraińską, dlatego łatwiej mi jest nawiązać kontakt z Ukraińcem/ką. Przyjeżdżając do innego państwa czujesz się gościem i podświadomie rozmawiasz z mieszkańcami tego czy innego państwa na nierównym poziomie, a spotykając się z rodakiem czujesz, że nie jesteś jedyny ze swoimi problemami i ktoś cię rozumie.

                                                                                                                                                                                 Rozmawiała: Natalia Nigborowicz                 

The following two tabs change content below.
Natalia Nigborowicz

Natalia Nigborowicz

Jestem Natalia, pasjonują mnie podróże i odkrywanie świata. Wolny czas chętnie poświęcam dobrej książce. Zawsze przegrywam z kawałkiem czekolady.
Natalia Nigborowicz

Ostatnie wpisy Natalia Nigborowicz (zobacz wszystkie)