Pokorny powiernik honoru Polaków

Jestem zainteresowany historią dlatego często zdarza mi się myśleć o postaciach, które kształtowały jej bieg. Ciekawe jest to jak decyzje jednostek, z pozoru zwykłych ludzi obarczonych niezwykłą odpowiedzialnością, wpływają na dzieje całej ludzkości.

Bywa, że czasem w zamyśleniu próbuję postawić siebie na miejscu kogoś takiego i wyciągnąć dla siebie chociaż ułamek procenta odczuć towarzyszących tak wydarzeniom kluczowym dla świata jak i dla indywidualnej historii ich uczestnika. Gorąco polecam by w wolnej lub, teoretycznie przeznaczonej na przykład na naukę chwili, wcielić się powiedzmy w Napoleona i z grzbietu białego rumaka obserwować płonącą Moskwę, albo w rześki marcowy poranek rzucić Brutusowi ostatnie, pełne zdziwienia i wyrzutu spojrzenie. Oczywiście na wyobraźnię najbardziej działają postaci tragiczne. Wystarczy zerknąć na kostiumowe superprodukcje Hollywood. Mityczny Achilles z „Troi”, fikcyjna sylwetka Maximusa przedstawiona w „Gladiatorze”, czy historyczny Leonidas z ujętego w dosyć fantastycznej konwencji filmu „300”. Często mówimy, że życiorys jakiejś osoby stanowi gotowy scenariusz na film. Przykładów nie musimy wcale szukać w mitologii czy zamierzchłej starożytności. Posłużę się tu przykładem pięknego i dramatycznego zarazem życia jednego z naszych największych narodowych bohaterów.

Książę Józef Poniatowski, bo o nim mowa, nie był Polakiem z urodzenia. Na świat przyszedł w Wiedniu w 1763 roku. Jego ojciec Andrzej, będąc młodszym bratem przyszłego króla Polski, był jednocześnie wysoko postawionym oficerem armii austriackiej – armii państwa, które miało niebawem wziąć udział w rozbiorach. Ciężko chory osierocił dziesięcioletniego Józefa, który miał pozostać pod opieką kochającej, lecz niezbyt zamożnej matki. W tym jednak okresie młodym księciem żywo zainteresował się stryj Stanisław August. Opłacał jego edukację a ponadto, jak opisuje historyk Szymon Askenazy, „nie pozwalał mu żadną miarą zniemczeć, o Polsce mu prawił, w Polsce przyszłe wskazywał powołanie”. Stał się dla niego właściwie drugim ojcem. Ten patronat okazał się kluczowy dla dalszych losów naszego bohatera. Mimo że obracał się w wybitnie kosmopolitycznym środowisku ówczesnej arystokracji, a o jego względy aktywnie starał się dwór austriacki, Józef swą przyszłość dozgonnie związał z królestwem Polskim. W wieku 26 lat zrezygnował ze stopnia pułkownika cesarskiej armii i pismem królewskim został oddelegowany do ojczyzny. Tam uchwałą sejmu, mianowany generałem – majorem wojsk polskich, objął dowództwo IV dywizji bracławskiej i kijowskiej. Niestety, wojna wybuchła zbyt szybko by sformować i odpowiednio wyszkolić stutysięczną armię powołaną przez sejm czteroletni. Prowadząc 20 tysięcy niedozbrojonych rekrutów musiał stawić czoła ponad 40 tysiącom zaprawionych w walkach z Turcją żołnierzy rosyjskich. Już w pierwszym starciu, bitwie pod Zieleńcami, udowodnił, że opór Polaków nie musi być daremny. W kluczowym momencie osobiście poprowadził w bój jeden z oddziałów, dając przykład szeregowcom. Za zwycięstwo i narażenie życia otrzymał od stryja nowo powstały order Virtutti Militari. Jakie musiało być więc jego zdziwienie, gdy dzień po odznaczeniach, król przysłał mu rozkaz proszenia Rosjan o rozejm. Zdziwienie przeszło sprawnie w rozgoryczenie gdy w miesiąc później ukochany patron przyłączył się do konfederacji targowickiej. Józef tak opisał swój stan w liście do Izabeli Czartoryskiej: „Na wszystko byłem przygotowany, lecz nie na taką nikczemność… Jestem zgnębiony, oszołomiony. Raczej należało się bić do zgonu, niż oddychać hańbą.” W geście protestu podał się wraz z resztą dowódców do dymisji. Wyjechał z kraju i z rodzinnego Wiednia obserwował rozwój wypadków w Europie. Walka Francji z I koalicją i drugi rozbiór Polski – te wydarzenia rozgrywały się na jego oczach, ale poza jego wpływem.

Pominięty został też przez inicjatorów ostatniego w historii Królestwa Polskiego zrywu. To mogła być insurekcja Poniatowskiego, zapamiętana została jednak jako kościuszkowska. Józef czuł jakby odbierał kolejną dymisję – tym razem z rąk narodu. Był zmieszany. Król wzywał go do Warszawy by w tej chwili niebezpieczeństwa okryć się jego moralną ochroną. Z drugiej strony jego powrót do ojczyzny mógł być źle odczytany przez byłych podwładnych, a obecnie naczelne dowództwo powstania. Po, jak ujmuje Askenazy, suchym z obydwu stron spotkaniu z Kościuszką udał się do stolicy. Przy pomocy kilkutysięcznego korpusu organizował tam obronę. Po początkowych sukcesach, w drugiej połowie sierpnia 1774 roku doznał dotkliwej porażki w walce z Prusami. Głęboko dotknięty zdał dowództwo Henrykowi Dąbrowskiemu. Od tego momentu wypadki potoczyły się szybko: pojmanie Kościuszki, zajęcie Pragi przez Rosjan i kapitulacja powstania. Józef nie towarzyszył stryjowi w podróży do Grodna gdzie ten miał abdykować. Pożegnał go na początku stycznia 1795 roku i jak się okazało, widzieli się wtedy po raz ostatni. Po trzech latach spędzonych w Wiedniu udał się na jego pogrzeb do Petersburga. Odziedziczył warszawskie posiadłości ale i olbrzymie długi Stanisława. Te okoliczności ściśle związały go z Warszawą. Aż do 1806 roku wiódł życie hulaszcze, ostro kontrastujące z realiami okupowanej przez Prusów stolicy. Pod stałym ogniem krytyki byłych towarzyszy broni i rodaków, pogrążony w żałobnym marazmie, przewegetował te ponoć najpiękniejsze lata życia. Nie był on politykiem, lecz urodzonym żołnierzem, więc jedynym ratunkiem z tej sytuacji byłby dla niego udział w walce, najlepiej o wyswobodzenie ojczyzny. Okoliczności takie zastały go już we wspomnianym roku 1806. Wtedy to stał się przedstawicielem narodu przyjmując na zamku w Warszawie samego Napoleona. Pomimo nieprzychylnych opinii działaczy emigracyjnych udało mu się zaskarbić zaufanie cesarza. Został mianowany ministrem wojny nowo powstałego Księstwa Warszawskiego. Kolejne dwa lata były dla niego czasem wytężonej pracy organizacyjnej. W boju przyszło mu się ponownie sprawdzić w kwietniu 1809 roku. Podobnie jak pod Zieleńcami przeciwstawiał się armii dwukrotnie silniejszej, ponadto z pozycji z goła innej niż młody szanowany dowódca, protegowany najjaśniejszego króla.

Mając w uszach podszepty nieprzychylnych mu oficerów i mieszkańców stolicy, z fajką w zębach i bagnetem w rękach znów osobiście poprowadził natarcie. Jak pisze Askenazy „od drugiej po południu do dziewiątej wieczór ciągle był pod strzałami, wszyscy sztabowcy bądź zostali ranni bądź mieli konie pod sobą ubite.” Bitwa zakończyła się nieoczekiwanie odparciem pewnych zwycięstwa Austriaków. Książę, wraz z uszczuploną mocno armią, musiał jednak zarządzić odwrót do Warszawy, a w kilka dni później po podpisaniu konwencji kapitulacyjnej musiał oddać miasto najeźdźcy. Opuszczając miasto mógł słyszeć hasła mieszkańców brzmiące „na szubienicę zdrajców, co nas nieprzyjacielowi wydali.” Mimo iż nie był to w jego życiu ostatni moment klęski, zdecydowanie można go uznać za ostatni moment niesławy. Następny miesiąc przyniósł bowiem szereg doniosłych zwycięstw skutkujących zajęciem Lublina, Sandomierza, Zamościa i powołaniem Rządu Centralnego Obojga Galicji. 15 lipca 1809 roku triumfalnie wkroczył do Krakowa, gdzie pozostał przez kilka miesięcy. Przez kolejne 2 lata Książę zajął się przygotowaniem do, jak się okazało, ostatniej kampanii.

W marcu 1812 roku cesarz przekazał mu dowództwo nad V korpusem Wielkiej Armii liczącym 36 tysięcy żołnierzy. Ta jednostka znakomicie odznaczała się na polach bitew pod Smoleńskiem, Moskwą i Czarykowem. Napoleon obsypał ją krzyżami legii honorowej, lecz to męstwo boleśnie zemściło się podczas odwrotu. W grudniu, w Warszawie, wracający do zdrowia po odniesionych ranach Józef powitał zaledwie 6000 piechurów i 30 jeźdźców. Zachowali oni niemal wszystkie działa i nie utracili żadnego sztandaru. Na ten widok dowódca podobno zalał się łzami i nie mógł przemówić nawet słowa. Wyprawa moskiewska obfitowała w skutki tak samo negatywne jak jej wynik. Księstwo Warszawskie czekała katastrofa. Wszystko o co walczył nasz bohater, co nadawało jego życiu sens, wydawało się stracone. W obliczu żądań Austriaków dotyczących wydania im stolicy Poniatowski nakazał ministrom ewakuację, wyprowadził też z miasta około 8 tysięcy wojska i sam, 5 lutego, po raz ostatni pożegnał Warszawę. Po krótkim pobycie w Krakowie, gdzie czas pochłonęły mu pertraktacje z Austrią, wyruszył z wojskiem na zachód by połączyć się ze zreorganizowaną wielką armią. Ożywiły się jego kontakty z Napoleonem, który ostatecznie mianował go Marszałkiem Francji, jedynym nie-francuzem na tym stanowisku. 12 października 1813 roku rozpoczęła się bitwa, która finalnie miała zdecydować o losach Europy. Już tego dnia Józef, szarżując na czele ułanów, został lekko raniony piką. Przez kolejne dni, do czego zdążył już przyzwyczaić, odznaczał się męstwem i nie ustępował pola liczniejszej i atakującej zaciekle armii Austriacko-Pruskiej. 19 października osłaniając odwrót armii francuskiej, wielokrotnie ranny tonie w wodach Elstery ugodzony omyłkowo francuską kulą. Wcześniej, odrzucając prośbę poddania się, wypowiedział ostatnie słowa: „Bóg mi powierzył honor Polaków i Jemu samemu go oddam.”

Pół wieku historii Polski i Europy skupiło się jak w soczewce w życiorysie urodzonego w Wiedniu Marszałka Francji. Znany głównie z majestatycznego pomnika przed pałacem prezydenckim w Warszawie książę zdecydowanie zasłużył na pamięć rodaków – narodu, który sam wybrał za swój i którego, moim zdaniem, jest jednym z najwybitniejszych przedstawicieli.

A Ty? Wiesz już co czuł wpadając do lodowatej wody śmiertelnie ranny od kuli sojusznika?

The following two tabs change content below.
Krzysztof Chomicz

Krzysztof Chomicz

Wiecznie niewyspany student dziennikarstwa. Radomianin całym sercem. Trzeci z dziesięciu, już niebawem milioner (tak myślę). Większość czasu zajmuje mi oglądanie meczy Milanu i Barcelony, słuchanie amerykańskiego rapu i nauka prawa.
Krzysztof Chomicz

Ostatnie wpisy Krzysztof Chomicz (zobacz wszystkie)