10 niezwykłych albumów lat 90-tych według „Coś Nowego”

1

  1. Enigma – MCMXC a.D. (1990)

Ranking niezwykłych płyt lat dziewięćdziesiątych zaczynamy od pierwszego wydawnictwa studyjnego rumuńsko-niemieckiego projektu Enigma. Głównodowodzący Michael Cretu stworzył muzykę pełną tajemnicy i wyrafinowanych dźwięków. Tylko on mógł połączyć elektronikę ze śpiewem męskiego chóru wykonującego chorały gregoriańskie. Po cichym wprowadzeniu z udziałem żony kompozytora, Sandry (główny wokal hitu (I’ll Never Be) Maria Magdalena z 1985 roku), rozbrzmiewa najpopularniejszy utwór Sadeness Part I.

2

2. Depeche Mode – Violator (1990)

Wszyscy znamy Enjoy the Silence, ograny w radiostacjach na maxa. Depeszowcy weszli w lata dziewięćdziesiąte w niezwykle udanym stylu, wydając trzeci pod względem znakomitości album po Black Celebration (1986) i Music For the Masses (1987). Miłośnicy syntezatorów znajdą tu coś dla siebie już od pierwszych taktów World In My Eyes. Natomiast gitara jako odskocznia wypełnia swym brzmieniem inny znany hit – Personal Jesus.

12487143_980865961989813_7253867027926970545_o3. Metallica – Metallica (1991)

Klasyk, o którym powiedziano już wszystko. Po dziesięciu latach wśród rozpędzonego trashmetalu zdecydowano się nagrać coś „lżejszego”. „Czarny Album” to zbiór dwunastu kompozycji znanych każdemu, kto ciężkie żelazo traktuje jako bliskie sercu. Nie ma nikogo, kto by nie rozpoznał wprowadzającego riffu do Enter Sandman. Skład uzupełniają dwie nieśmiertelne ballady The Unforgiven  i Nothing Else Matters. Te trzy oraz Sad But True tworzą kompanię reprezentacyjnych singli.

3

4. Talk Talk – Laughing Stock (1991)

Ścisła kontynuacja płyty Spirit of Eden z 1988 roku. Sztandarowy przykład post-rocka i jednocześnie ostatnia płyta Talk Talk, który karierę zaczynał jako formacja new romantic. Muzyka tutaj zawarta może wydawać się niezwykle trudna w odbiorze i słuchaniu. Jest to jednak atut. Podejmując wyzwanie zaznajomienia się z nią słuchamy jej po kilka razy, a nie ma nic piękniejszego od wielokrotnego słuchania tak nietuzinkowych, abstrakcyjnych melodii.

amused-to-death-52a28d1cd77215. Roger Waters – Amused to Death (1992)

Jak na razie ostatni studyjny album Rogera Watersa w najgłębszy możliwy sposób poruszający temat wojny. Ilustracją do tekstów są nostalgiczne melodie, solówki Jeffa Becka i Steve’a Lukathera z Toto. Dzięki temu albumowi człowiek może się wyłączyć na bite siedemdziesiąt minut.

66. Queen – Made in Heaven (1995)

Swoisty testament artystyczny Freddiego Mercury’ego ukończony już po jego śmierci przez trzech żyjących członków Queen. Jest on o wiele bardziej stonowany niż poprzednik Innuendo (1991), brakuje w nim mocnych uderzeń podobnych do The Hitman lub Headlong. I nie ma się co dziwić. Z drugiej strony nie wypadałoby zamieszczać ostrych zagrywek, skoro album porusza tematy związane z życiem i jego kresem. To właśnie tu znajdują się znane wszystkim przeboje Heaven for Everyone i You Don’t Fool Me. Znakomicie wychodzą nowe wersje utworów z solowej twórczości Freddiego. Największa atrakcja następuje jednak po ostatnim okrzyku Yeah!

Iron_Maiden_-_The_X_Factor

7. Iron Maiden – The X Factor (1995)

Poczciwego Eddie’go na potrzeby okładki umieszczono tym razem w machinie tortur, jaka nikomu się nigdy nie śniła. Czy mogło to oznaczać jakąś zmianę? Wokalnie doszło do niej, gdyż miejsce Bruce’a Dicksona zajął Blaze Bayley z Wolfsbane. Aby przyzwyczaić się do nowego wokalisty należy przesłuchać płytę kilkukrotnie. Przy okazji można odkryć, wydawać by się mogło, nowe, ciekawe zakamarki. Wizytówką w tym wypadku są posępne gitary, nie mniej przygnębiająca warstwa tekstowa i lekko zwolnione tempo względem wcześniejszych płyt Dziewicy.

8. Depeche Mode – Ultra (1997)5

Wszystko toczyło się na krawędzi. Najpierw szeregi zespołu opuścił Alan Wilder, zaraz potem David Gahan dosłownie ociera się o śmierć. Wspomniane wydarzenia mogły definitywnie położyć kres zarówno działalności Depeszów, jak i powstającego dziewiątego wydawnictwa. Początkowo miało być tylko mini-albumem, nie mniej w przeciągu jednego roku zdołano przeciwstawić się kryzysom i dopełnić dzieła. Słyszymy tu powrót do starego elektronicznego brzmienia, które znikło na Songs Of Faith And Devotion (1993). Płytę wylansowały cztery single, w tym Home, do którego sam uwielbiam wracać, podobnie jak w przypadku It’s No Good.

 

Eels-Blues9. Eels – Electro-Shock Blues (1998)

W tym wypadku należy skupić się na tekstach utworów. Mark Olivier Everett w towarzystwie gitary oraz nierzadko klawiszy otwiera księgę pełną bólu. Każdą stronę napisało samo życie. Materiał powstał wkrótce po serii tragicznych wydarzeń, jakie spotkały artystę – samobójcza śmierć siostry w szpitalu psychiatrycznym, wykrycie u matki złośliwego nowotworu, powrót do chwili, gdy szesnaście lat wcześniej Mark odnalazł ciało ojca zmarłego w wyniku zawału serca. Nie jest to może najwybitniejsze dzieło Eels, za to w pełni poruszające nawet osoby z twardym charakterem.

 

910. Camel – Rajaz (1999)

Nasz trzeci zestaw kończymy z Bractwem Wielbłąda. Andy Latimer nie oszczędza sam siebie serwując starym, dobrym zwyczajem mocarne solówki. Album zachwyca utworami The Final Encore i tytułowym Rajaz, będącymi kwintesencją wszystkiego, co do tej pory powstało pod szyldem Camel. Wydany w październiku 1999 roku album idealnie kończy dekadę lat dziewięćdziesiątych. Nie wyobrażam sobie innego epilogu.

The following two tabs change content below.
Michał Abramek

Michał Abramek

Pochodzący z prowincjonalnego miasta w województwie lubelskim student Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, założyciel Agencji Reporterskiej "PassionTV" oraz kanału "Bez Cenzury". Preferuje zamiłowanie do starej, dobrej muzyki, jaka bawiła starsze pokolenia, zapalony fan rocka progresywnego, hard rocka i muzyki awangardowej bez ustanku poszukujący nowych, ciekawych brzmień.